PrintDawno już żaden film nie wywołał tak negatywnego zamieszania wokół siebie, jak 50 Twarzy Greya. Nawet Oscary na chwilę zeszły na drugi plan. W autobusach, telewizjach i portalach internetowych ścierają się dwie frakcje, niczym Putin i Poroszenko. Z jednej strony zagorzali fani powieści, z drugiej ludzie, którzy do kina poszli dla żartu. Znajdzie się też pewnie duże grono, które nie ma pojęcia o czym, ale też się wypowiada. Doszliśmy ze Zgagą do wniosku, że korona nam z głowy nie spadnie, jeśli sprawdzimy o co tyle zamieszania. A nóż będzie śmiesznie, albo chociaż będzie na czym oko zawiesić. Zgaga przyszły seksuolog i obecny ortograficzno-gramatyczny gestapo, została wielką antyfanką książki po jej przeczytaniu. Ja z kolei, nigdy nie zbliżyłem się na odległość bliższą niż kij od szczotki, do powieści E.L. James. Oboje zatem szliśmy nastawieni na film bojowo.

grey6

Wolę reklamy Opla

Na długo przed premierą dało się usłyszeć, że bilety na 50 Twarzy Greya są wyprzedane na miesiąc w przód, sale pękają w szwach, a znalezienia wolnego fotela nie podjęliby się nawet rysownicy Gdzie jest Wally? Przeżyłem zatem szok, kiedy na seansie, który odbył się w zasadzie w przeddzień premiery, kinowe rzędy nie były zapełnione nawet w połowie. Czyżby marketingowe bajki wypełniły pozostałe krzesełka? Zajęliśmy więc ze Zgagą dogodne pozycje i utonęliśmy w półgodzinnym seansie reklamowym. Chociaż zawsze staramy się odpowiednio spóźnić na seans, na który bilet kupujemy przecież jeszcze w domu to i tak jakiś wewnętrzny kompas nieodmiennie sprowadza nas na salę na tyle wcześnie, by obejrzeć wszystkie dostępne marki telefonii komórkowej, nowe samochody i kilka zajawek zbliżających się dużych kinowych produkcji. W tym czasie zdążyłem zgubić całą nagromadzoną negatywną energię i do samego filmu podszedłem z nadzieją, że już nic gorszego od reklamy Opla z Claudią Schiffer, mnie nie spotka.

grey2

Grey, jak Zuckerberg

Film zaczął się niepozornie. Jako że zupełnie nie znałem historii, a legendy głosiły, że takowej tu w ogóle nie ma, dałem się przez chwilę ponieść rozwijającej się love story. Studentka filologii przypadkiem trafia do gabinetu pięknego, młodego i bogatego rekina biznesu. Wpadają sobie w oko i się zaczyna. Trochę co prawda ten początek zgrzytał, bo główna bohaterka trafia tam w zastępstwie przeziębionej koleżanki. Serio, gdyby ktokolwiek z Was dostał szansę przeprowadzenia wywiadu z Gatesem, albo Zuckerbergiem i zmogła Was choroba, to położylibyście się na kanapie, przykryli kocem i przekazali pytania współlokatorce? Na rzęsach bym poszedł, ale bym poszedł, kazałbym się zanieść, ale bym dotarł. Nie wspominając już o tym, że ta dziewczyna wcale nie wyglądała na umierającą. Nie był to jednak powód, żeby wylewać na film przygotowane zawczasu wiadro pomyj. Póki co, oglądało się go jeszcze znośnie. Niestety, moja cierpliwość szybko została nadwyrężona. Film ciągnął się jak flaki z olejem, historia nie kleiła. Zapowiadane sceny wyuzdanego seksu nie miały miejsca, a ja coraz wygodniej mościłem się w kinowym fotelu, przymykając oczy.

grey4

Gdzie ten seks?

Jak zostało mi później wyjaśnione, przesyt scen, które w moim odczuciu były bezsensowne, był próbą wiernego oddania książki. Naprawdę, gdybym tak często i namiętnie gryzł wargę jak Anastazja, to moje usta wyglądałyby pewnie jak po przyjęciu salwy z dział armatnich. Myślałem też, że po obejrzeniu Wielkich Oczu, temat optyczny został na długo wyczerpany. Pomyliłem się bardzo. Wiecznie „spoglądający” Grey wywoływał raczej niepokój związany z jego zdrowiem psychicznym, niż cokolwiek innego. Zresztą w jego oczach prędzej dało się wyczytać pytanie „co ja tu do cholery robię?” niż zmysłowość. Skoro już przy wiernym oddawaniu książki jesteśmy, to nie zamierzam ukrywać, że po pierwszych 15 minutach, jedyną nadzieją dla filmu było to, z czego tak bardzo słyną książki. Mam na myśli nie błędy i powtórzenia, a seks. Miało być go dużo i to w wersji nieszablonowej. Czekałem i czekałem, pojawiło się kilka odważniejszych scen, ale nic nadzwyczajnego. Trochę postraszono widza różnymi narzędziami seksualnych tortur, ale żadna granica nie została przekroczona. Tylko raz, w ciągu tego dwugodzinnego widowiska, drgnęła mi brew. W kulminacyjnej scenie, kiedy w ruch poszło kilka narzędzi, a Grey i Ana poszli na całość. Nadal nie było to jednak to. Wszystko było strasznie ugrzecznione, jakby reżyserka bała się przekroczyć granicę, którą zarówno film jak i książka przekraczają już samą ideą. Właśnie dlatego film, który miał w jakiś sposób wstrząsnąć widzem, być kontrowersyjny, pokazać za dużo, jest nudny i nijaki. Nie robi tego co powinien, nawet w 1%. Gdzie to całe wyuzdanie? Przez większość filmu mogliśmy, co prawda podziwiać nagie piersi i tors głównych postaci, ale to stanowi standardową treść pewnego gatunku filmów niemych. Mam wrażenie, że większy nacisk położony został na układanie przez bohaterów ich kontraktu, niż jego realizowanie. Szczerze, właśnie scena negocjacji, zaraz obok lotu szybowcem, była najbardziej udana. Tak jakby na ekranie zagościła szczypta komedii romantycznej. Po czym stety film w konwulsjach się skończył. Wreszcie.

grey8

Crazy in love

Odejdźmy na chwilę od samej fabuły i pod lupę weźmy inne warstwy filmu. Jednym z jaśniejszych odcieni 50 Twarzy Greya, miał być podkład muzyczny. Alternatywna aranżacja Crazy in Love Beyonce, brzmiała faktycznie świetnie. Szkoda, że tylko przez krótką chwilę, w trakcie najdziwniejszej, najbardziej nienaturalnie nakręconej sceny seksu. Więcej soundtracku nie pamiętam, albo nie było, albo spałem. Inna sprawa, że bardzo współczuję obojgu aktorom występującym w filmie. Jamie Dornan raczej na zawsze w świadomości widzów pozostanie Grey’em. Podobnie jak Pattison, który został świecącym wampirem. Fakt, że dzięki temu zyska popularność i rozpoznawalność, ale nie wróżę mu świetlanej kariery. Dakocie Johnson może być natomiast niełatwo wykaraskać się z roli kuciapowatej Anastazji. Pozostałym aktorom film nie zaszkodzi, bo zwyczajnie odgrywali jedynie drzewa i krzaki. I to by było w zasadzie tyle, liczyłem na przekroczenie granicy dobrego smaku, to się przeliczyłem. Miałem nadzieję się trochę pośmiać, nie było z czego. Nawet ironizować i szkalować nie ma za bardzo czego.

50 Twarzy Greya nie dla dzieci

Hitem były dla mnie nie wydarzenia na ekranie, a pani z dzieckiem, która dopiero po drugiej scenie w czerwonym pokoju, zdecydowała się zabrać swoją, na oko 8-letnią, pociechę do domu. Jak to się w ogóle wydarzyło, że to dziecko weszło na salę!? Fakt, seans był o 12:40, no ale zabrać dziecko na GREYA? Przecież to powinno być karalne. Inna sprawa, że nie jestem przekonany, czy nawet tak delikatne promowanie podobnych, pejczowo-kajdankowych, łóżkowych zachowań, jest dobrym pomysłem. Nie mam nic przeciwko nim samym w sobie, wszystko jest dla ludzi. Dopóki obydwie dorosłe strony dobrze się bawią, nie zamierzam nikomu pod kołdrę zaglądać. Co się dzieje pod moją kołdrą, też ujawniać nie będę. Wiem też, że wszystko sobie można znaleźć w sieci, jeśli tylko poszukać. Ale podawanie tego na srebrnej tacy, z wstążeczką? Medialna kampania promocyjna i cała ta otoczka, mam wrażenie stanowi niezauważalne przekroczenie kolejnej granicy. Z jednej strony jest to złamanie jakiegoś tabu, w końcu my Polacy mamy ponoć trudności z rozmawianiem o seksie (prawda pani seksuolog?). Z drugiej, no do cholery, nie chciałbym być takim ośmiolatkiem.

grey7

O czym w ogóle był ten film? Przez dwie godziny działy się rzeczy, które w zasadzie do nikąd nie prowadziły. Mało tego, będą dwie kolejne części. Dramat. Na szczęście jest tyle dobrego kina, że więcej nie będę musiał mieć z tym tematem nic wspólnego. Nie dam się więcej na podobny eksperyment namówić. W ramach rekonwalescencji po tym traumatycznym przeżyciu, będę musiał znowu obejrzeć Dirty Dancing, 9 i pół tygodnia, albo chociaż Pretty Women. Ode mnie 1gNijaki film, o niczym.

~Gamoń

grey1

Czy film jest jeszcze gorszy niż książka?

Piątek 13 okazał się dla nas pechowy, nie tylko ze względu na awarię mechanicznego rumaka, w którego trzewiach się ostatnio przemieszczamy. Tego dnia straciliśmy przede wszystkim 2 godziny życia, na oglądanie 50 Twarzy Nudy. Jak się okazało, film może być jeszcze gorszy niż książka. Wielokrotne zbliżenia na przygryzane usta Any, mało erotyczne sceny erotyczne, Christian o spojrzeniu psychopaty – wszystko to, poza tym że nudne, było na dodatek przygnębiające. Przygnębiające, bo gdyby zdecydowano się na podstawie raczej miernej trylogii, nakręcić tylko jeden film, to naprawdę mógłby wyjść hit. A przynajmniej coś nie wywołującego niestrawności. Anastazja, ze swoim nieogarnięciem, dziwnymi pytaniami, ubraniami niczym z lat 80. i żenującym śmiechem, spokojnie mogłaby zagrać główną rolę, w żeńskiej wersji Zemsty Frajerów. Christian, ze swoją świerzbiącą ręką, dawno już powinien udać się do dermatologa i nie irytować nas widokiem swojej twarzy. Film absolutnie nic we mnie nie poruszył. Myślę że nie wywołałby ekscytacji nawet u pryszczatego licealisty, w okresie burzy hormonalnej. Na ekranie mogliśmy zobaczyć większość produktów, tak nachalnie lokowanych na stronach książki. Było więc Audi, były laptopy Apple, ale zabrakło… komórki Blackberry. Filmowa Panna Steel, posługiwała się telefonem firmy LG. Czyżby czarna porzeczka nie chciała, aby kojarzono ich markę z taką chałą? Odniosę się do tego, co pisał Gamoń. Nie mam absolutnie nic przeciwko miłości, z elementami sado-maso, jeżeli obie strony mają na to ochotę. Uważam, że w związku dojrzałych i rozsądnych osób, może być to nawet fajne urozmaicenie. Słyszałam jednak ostatnio, o pierwszych ofiarach naśladowania łóżkowych zwyczajów, bohaterów 50 Twarzy Grey’a. Tak więc, wszystko jest dla ludzi, ale z zachowaniem zasad bezpieczeństwa. Podczas ostatniego zjazdu na SWPS dowiedziałam się od jednego z prowadzących, że książka, a więc zapewne i film, ma jakąś zaletę. Ponoć po jej przeczytaniu, do seksuologów zgłosiło się całkiem sporo osób, aby porozmawiać o swoich problemach. A więc zawsze coś. Ze względu na ten drobny, ale jakże istotny plus, postawiłabym 2. Ale nie jestem w stanie pokonać wewnętrznego oporu, przed wydaniem nie całkiem negatywnej noty. Dlatego daję 1g

~Zgaga

Napisał Gamon