PrintWyobraźcie sobie, że w dwudziestym wieku Bóg postanowił zrobić sobie wolne. Wiele by to wyjaśniało prawda? Tymczasem przedstawiciele Niebios i Piekieł postanowili przetestować skłonności ludzi, do czynienia dobra i zła. Jak się za to zabrać? Najlepiej wybrać całkowicie przeciętnego obywatela i wrzucić go w nieprzeciętny wir zdarzeń. W wyborze delikwenta pomógł superkomputer, zainstalowany na statku Obcych naukowców. Problem polega jednak na tym, że sam sprzęt miał w tym własny cel. Wszystko to brzmi absurdalnie, ale dokładnie o to chodzi w książce Tomasza Kłobusa – Bóg na urlopie. Udało nam się, wraz ze Zgagą, zagłębić w tą szaloną historię i zachować zdrowy rozsądek. Chyba.

 

 

Złe dobrego początki.

 

Jak to się wszystko zaczyna? Ano słabo. Pierwsze kilka zdań powieści mocno mnie zniechęciło. Dobór słów i konstrukcja zdań, wydaje się być mocno niedopasowana. Tak jakby autor nie wiedział jak zacząć. Na szczęście to tylko mylne pierwsze wrażenie. Z każdą kolejną stroną odkrywamy błyskotliwość i humor pisarza. Siłą książki jest bardzo współczesny język i mnóstwo odniesień do naszego dnia codziennego. Oczywiście, w krzywym zwierciadle. Mamy zatem zbuntowany, wyemancypowany komputer, teorię Ziemniaka i piekło zorganizowane na wzór korporacji, w której diabły specjalizują się w treningu personalnym. Mógłbym wymieniać dalej, ale nie chcę Wam psuć zabawy. Nauczyciel historii, domorosły gangster i handlowiec, to najważniejsze postaci, które towarzyszą nam w książce. Nie są to jednak bohaterowie tak prości jak wskazywałyby na to ich „zawody”. Każdy z nich ma coś do ukrycia i jakąś życiową historię do opowiedzenia. Część z nich czytałem mając jednocześnie wrażenie, że mimo absurdalności sytuacji, to coś podobnego naprawdę mogło mieć miejsce. Co ważne, każdy z nich, a w szczególności nasz najprzeciętniejszy kandydat na zbawcę ludzkości, dzieli się życiowymi spostrzeżeniami i teoriami, z którymi nie da się nie sympatyzować. Mnie przypadło do gustu podejście do porannego wstawania, choć sam mam w tej kwestii kompletnie inne zdanie.

Dygresja nową formą narracji

 

Samej akcji jest stosunkowo niewiele, natomiast mamy do czynienia z bardzo rozbudowanymi dygresjami, zagłębiającymi się w przemyślenia postaci. Mimo to, a właściwie właśnie dzięki temu, książkę czyta się sprawnie i z przyjemnością. Nie dłuży się, nie ma przestojów. Zazwyczaj, kiedy czytam, miewam gorsze dni i przeskakuję wzrokiem co nudniejsze fragmenty tekstu. Czytając Boga na urlopie nie robiłem tego, obawiając się przegapienia kolejnego zabawnego epizodu. Zdarzyło mi się trochę w tych dygresjach zagubić, ale kilka następnych zdań naprowadzało mnie na właściwy trop. Autor utrzymuje absurd na równym poziomie przez cały czas, aż do wielkiego finału. Dlatego nawet nie zauważyłem kiedy dotarłem do ostatniej strony. Dodatkowy plus za okładkę, często spieramy się o to ze Zgagą, a tu zgodnie doszliśmy do wniosku, że pasuje i zachęca.

bog na urlopie 1

Bóg na urlopie, jak Miś

 

Podsumowując książkę dobrze się czytało, język i styl pisania bardzo mocno kojarzy się z twórczością Terry’ego Pratcheta. Mimo tej wyraźnej inspiracji, Tomasz Kłobus ma własne dobrze rokujące podejście do tekstu. Tym bardziej, że Bóg na urlopie jest taki, ja wiem, polski? Kilka razy na myśl przyszło mi porównanie do Misia, Stanisława Bareji. Jak dla mnie solidne 6. Ale tylko dlatego, że wyższe oceny rezerwuję dla arcydobrych książek, ta jest dobrą satyrą. A co na to Zgaga?

 

~Gamoń

Najtrudniejszy pierwszy krok…

Po przeczytaniu dwóch pierwszych stron „Boga na urlopie”, pomyślałam że popełniłam błąd zabierając się za tę książkę. Przecinki postawione trochę na chybił trafił, zdania tak bardzo po wielokroć złożone, że pod ich koniec, zapominałam już o czym mówił początek. Szybko jednak zmieniłam zdanie. Historia opowiadana przez Tomasza Kłobusa okazała się na tyle ciekawa, że po pewnym czasie przestałam zwracać uwagę na niedociągnięcia. Podobnie jak Gamoń doceniłam niebanalne poczucie humoru, inteligencję i ironię w wykonaniu autora. Zobaczcie zresztą sami, co mnie przekonało.

 

Marcin, Małpa i Adam. 

 

To trzej główni bohaterowie powieści. Marcin został wybrańcem Niebios i Piekieł, jako osoba najprzeciętniejsza z przeciętnych, której zachowanie zadecyduje o losie całej ludzkości. Marcin być może nawet by się tym faktem przejął, gdyby nie fakt, że jest skrajnie leniwy. Ponieważ jednak wysłannik Szatana, wysępił od niego aż 5 złotych, na butelkę wody mineralnej, której nawet nie dopił, nasz bohater postanowił znienawidzić go swoim małym, skąpym serduszkiem i opowiedzieć się po stronie Nieba. W roli przedstawiciela Boga występuje Archanioł Rafał, który o dziwo, anielską cierpliwością nie grzeszy. W ogóle na pierwszy rzut oka role wydają się być odwrócone – Mammon zachowuje się jak wzór cnót, ubrany jest w elegancki garnitur, jest grzeczny i uprzejmy. Archanioł Rafał lubi żłopać piwsko, nie przepada za ludźmi i często wpada w gniew.bóg na urlopie 3

Małpa, czyli najlepszy kumpel Wybrańca, tak naprawdę ma na imię Krzysiek. Rzadko kto zwraca się do niego po imieniu, ze względu na jego fizjonomię. Największym pragnieniem Małpy jest zostanie poważanym gangsterem, dlatego też nosi koszulki z napisami typu Gangsta NY, ogląda filmy kryminalne i planuje coraz to nowe przestępstwa, których nigdy nie realizuje. Małpa ma jeszcze jedną tajemnicę, którą skrzętnie ukrywa przed światem, a mianowicie jest gejem. Sam przed sobą buduje pozory heteroseksualności, na przykład u niego w pokoju stoi zdjęcie Pameli Anderson. Jednak to nie do Pameli wzdycha Krzysiek, ale do stojącego obok niej Davida Hasselhofa.

Adam jest zadufanym w sobie sprzedawcą wiertarek, z niesamowitymi wynikami sprzedaży. W dzieciństwie, podczas rutynowej kontroli, pielęgniarka znalazła w jego włosach stado wszy. Od tego czasu, Adam stara się podnieść sobie samoocenę na każdy możliwy sposób – a to kupując sobie Porsche za 200tys, a to zaliczając przygodnie poznane panienki, ewentualnie deprecjonując innych.

Prawdziwa historia Ziemniaka

Sytuacja komplikuje się, kiedy zirytowany lenistwem i głupotą panującą wśród swoich uczniów Marcin, wygłasza wykład z historii dotyczący „prawdziwej historii ziemniaka”. To co dla niego wydaje się kpiną z nieuctwa studentów, przypadkowo okazuje się prawdziwą wersją wydarzeń. Jej autorami są przybysze z planety Bellatrix, którzy pod wpływem paniki wywołanej odkryciem prawdy, postanawiają zniszczyć Ziemian.

bóg na urlopie

Podsumowanie

 

Zakończenie niespecjalnie mi się spodobało. Cała książka była stosunkowo długa, historia rozbudowana, a tu ni stąd, ni zowąd się skończyła. I to raczej bez szału, w mojej opinii. Druga kwestia to okładka – faktycznie, zaprojektowana ładnie, ale wyjątkowo nietrwała. Rzadko się zdarza, żeby po przeczytaniu przez tylko dwie osoby, brzegi okładki zaczęły się rozwarstwiać i wyginać. Owszem, historia przypadła mi do gustu, wręcz trudno mi było się od niej oderwać, niestety, całość była trochę jak diament, którego nikt nie oszlifował. Liczę jednak, że po tak obiecującym debiucie, doczekam się kontynuacji lub innej, równie ciekawej publikacji Tomasza Kłobusa. Całość oceniam na 7 – bo mogło być lepiej.

~Zgaga

 

 

Za możliwość poznania tej zwariowanej historii dziękujemy Wydawnictwu Novae Res. Oby więcej takich tytułów!

Napisał Gamon