tobeornottobeCzy zastanawialiście się kiedyś dokąd może Was zaprowadzić zbyt bliska i namiętna znajomość z Madame Wyborową? Czy byliście świadkiem tego jak człowiek z pasją, bohater narodowy, rewolucyjny poeta i wieszcz, a może tylko ktoś Wam bliski, zupełnie zwyczajny, ze szczytu glorii, chwały i ideałów, spada na samo dno? Ja już tak. Podczas przedstawienia Broniewski, które z okazji XXI Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, gościło w naszym pięknym mieście Łodzi. Czy śmierć się wysnuła z motków bawełny?

Przedstawienie odbywało się w dniu moich 25 urodzin. Rano, Gamoń spełnił jedno z moich marzeń. Zabrał mnie na strzelnicę, gdzie wreszcie miałam okazję poczuć się jak Lara Croft, sprawdzając która z broni ma większy odrzut – beryl czy mosberg? Potem była pora na tort i szampana, a o godzinie 18:30 pojechaliśmy na Broniewskiego, wystawianego w Klubie Wytwórnia. Spektakl zaczynał się o 19, ale po dotarciu na miejsce zorientowaliśmy się, że powinniśmy być zdecydowanie wcześniej. Sala pękała w szwach, a bilety były nienumerowane. Z pewnym trudem udało nam się znaleźć wolne miejsca, niestety w ostatnim rzędzie, z którego moje ślepe, stare oczy, ledwo co widziały. Jednak to co zobaczyły, zrobiło na mnie wrażenie.

Alkoholik, Polak, Katolik

Większą część sceny zajmował ogromny, srebrny krzyż Virtuti Militari. Jego środkowa część, gdzie powinien znajdować się wizerunek Orła Białego, była ruchomą tarczą. To właśnie tam odbywały się wszystkie istotne wydarzenia, a osią wokół której się kręciły była butelka wódki, zajmująca centralne miejsce nie tylko na tarczy, ale i w życiu głównego bohatera. No właśnie, co z jego życiem? Ja przed spektaklem nie słyszałam o nim zbyt wiele. Miałam mgliste pojęcie o tym, że Broniewski był poetą, kilka jego wierszy, dawno temu, jeszcze na etapie szkoły, wpadło mi w ręce. Teraz wiem już znacznie więcej i cieszę się, bo warto. Orlik, bo taki pseudonim Broniewski miał w wojsku, na scenie występuje w dwóch postaciach. Na początku, przez większą część zdarzeń, przeprowadza nas młody Broniewski. Zapalony patriota, szlachcic, piłsudczyk, ceniący dobrą bitkę, flaszkę wódki, ale również poezję i filozofię. Zatwardziały komunista, dla którego, przynajmniej na początku, pojęcie to było czymś więcej niż tylko systemem społecznym. Uroczy drań, któremu kobiety potrafiły wybaczyć każdą zdradę. Dlatego też był żonaty aż trzy razy, a ilość jego kochanek jest wręcz niepoliczalna. Rzeczywistość powojenna zdominowana jest przez postać starego Broniewskiego. Zniszczony dwoma światowymi konfliktami, pobytami w więzieniu, śmiercią ukochanej, oceanem alkoholu pochłanianym codziennie, poeta upada coraz niżej. Zdominowany przez trzecią żonę ciągle tworzy, głównie na zlecenie komunistycznych władz, które nie do końca spełniły jego oczekiwania. Znajomi pisarze zaczynają się go wstydzić i unikać, a córka Anka, najważniejsza kobieta w jego życiu, ginie w tragicznym wypadku. To chyba w tym momencie artysta załamał się i ostatecznie sięgnął dna. Spadała z księżyca, a ja jej nie złapałem – powtarza po wielokroć, nawiązując do pewnej obietnicy z przeszłości.


459px-Wladyslaw_Broniewski_Polish_poet

Śniło mi się, że jesteś hiszpańskim generałem i uśmierzasz rewolucję. Co to znaczy?!

Słowa te słyszymy podczas przedstawienia po wielokroć, a wypowiada je Julian Tuwim do Władysława Broniewskiego. Czasem mówi je osobiście, pląsając w rytm wyimaginowanej muzyki po ramionach krzyża, a czasem słyszymy tylko jego głos. Pytanie to nie jest wymyślone przez reżyserów przedstawienia, postawiono je kiedyś naprawdę. Tutaj, podobnie jak w rzeczywistości, nie ma ono większego sensu. Nadaje jednak przedstawieniu pewien rytm, a także rys paranoi i szaleństwa. Cały spektakl wypełniony jest zresztą takimi smaczkami. Kiedy w Polsce zmienia się ustrój, na scenę przez dłuższy czas pada czerwony śnieg komunizmu, zakrywając coraz grubszą warstwą miejsce należne naszemu Godłu i przesłaniając krwistą zasłoną poczynania bohaterów. Wszystkie postaci cechuje również swego rodzaju omnipotencja – znajdują się z nami w teraźniejszości, ale znają także datę i okoliczności swojej śmierci, niczym upiory z przeszłości. W ważnym dla Broniewskiego momencie, jego żona Maria obala wielkie metalowe płyty, pełniące do tej pory funkcję ściany, które z łoskotem upadają na ziemię, potęgując emocje. Dźwięki i muzyka w tym przedstawieniu są zresztą w całości doskonale dobrane. Największą moc mają jednak wiersze poety, które niczym grom w czasie burzy przeszywają naelektryzowane powietrze. Najmocniejsze wrażenie wywarł na mnie Bagnet na broń, mroczny, przerażający, a jednocześnie niepokojąco aktualny. Jako sarkastyczny żart można teraz potraktować utwór „Brzozy są bezpartyjne”. Oto jego fragment:

Brzozy są bezpartyjne,
brzozy są apolityczne,
ja od brzóz wszystko przyjmę,
bo śliczne.

Czy przedstawienie miało jakieś wady? Szczerze powiedziawszy, trudno mi je znaleźć. Zdaję sobie sprawę, że to jeśli chodzi o mnie to zaskakujące, bo wiecie że lubię się poczepiać, ale tutaj naprawdę nie mam do czego. Może tylko trochę na siłę zaprezentowano nam kilka scen ukazujących nagość. Był seks, były pijackie awantury na golasa, rosyjskie prostytutki ubrane tylko w futro i coś na kształt striptizu. Chyba przedstawienie nie straciłoby zbytnio z powodu ich braku, a może trwałoby odrobinę krócej niż 3 godziny. Gorąco polecam i oceniam na

 

9g

~Zgaga

 

broniewskiBroniewski nie tylko jako poeta, a człowiek z krwi i kości

Mosberg, zdecydowanie mosberg ma największy odrzut. Gałczyński, Tuwim, Hłasko, to wszystko twórcy znani mi ze szkoły, którzy wraz z Broniewskim pojawiali się na scenie dzięki Teatrowi Wybrzeże. Szykując się na wyprawę do Wytwórni, gdzie wystawiany był Broniewski, byłem delikatnie mówiąc pełen wątpliwości. Znałem biografię poety na tyle by wiedzieć, że była to postać niejednoznaczna, ciekawa i tragiczna. Nie byłem jednak przekonany, czy uda się tę niejednoznaczność oddać na scenie. Tym bardziej, że okres jego życia, a co za tym idzie jego własne rozterki, przypadał na mocno ostatnio wyeksploatowany przez media czas. Częściej muszę się takim sceptycyzmem wykazywać, by potem móc popadać w zachwyt. Kolosalne wrażenie zrobiła na mnie przede wszystkim forma, w jaką ubrana była historia. Okazało się, że można nowocześnie i wyraziście opowiadać o trudnej przeszłości. Długo nie mogłem się zdecydować, która scena zrobiła na mnie największe wrażenie. Sypiące się płatki komunizmu, dobiegający z oddali głos Tuwima, czy scena w której komunizm z czerwonymi proporcami, upija powoli biegającego poetę, piszącego wiersze zamawiane na każdą dostępną okazję. Wygrała scena, w której aktorzy w lekarskich fartuchach, dla podkreślenia swych słów, uderzają młotami w tarczę krzyża Virtuti Militari, rozliczając w pewien sposób Broniewskiego. Ciekawe, jak on sam odebrałby wizje epizodów ze swojego życia, w reżyserii Radosława Paczocha? I jak ten odbiór różniłby się, w zależności od stanu upojenia poety? Nie mogę powiedzieć, że dobrze się bawiłem oglądając Broniewskiego, bo nie temu służyła ta sztuka. Bez wahania stwierdzić mogę jednak, że mocno ją przeżyłem, a główny bohater przestał być dla mnie jednym z wielu patetycznych poetów z przeszłości, a stał się postacią z krwi i kości, targaną przez historię i własne namiętności. I tak oceniłbym naszą festiwalową przygodę na najwyższą notę, gdyby nie to o czym wspomniała już Zgaga. Mimo fantastycznie przedstawionej treści, w doskonałej formie, obudowanej emocjami i rekwizytami, spektakl był zwyczajnie za długi. Wysiedzieć ponad 3 godziny, na nie do końca wygodnych fotelach było trudno. A sztuka nie straciłaby wiele, aktorzy byliby równie mocno oklaskiwani, a nam starczyłoby sił na późniejsze spotkanie z autorami, gdyby skrócić alkoholowe rozterki Broniewskiego o 15-20 minut. Ostatni raz tak zadowolony z wizyty w teatrze byłem po obejrzeniu Łajzy. Ode mnie 

9g

~Gamoń

Napisał Gamon