Jak można spędzić Walentynki? W naszym tegorocznym wydaniu dzień ten miał bardzo dosłowny związek z waleniem w tynk. Takie uroki remontu. Na deser chcieliśmy wybrać się na kapitalnie reklamowanego Deadpoola, co oczywiście w taki dzień jak 14 Luty było kompletnie szalonym pomysłem. Nie zrezygnowaliśmy jednak z filmowych tendencji i obejrzeliśmy inną produkcję z naszej listy „must see” Creed: Narodziny Legendy.

lustro

Zeszły rok obfitował w kolejne odsłony filmowych come backów, rozszerzeń uniwersów i wskrzeszeń serii. Mieliśmy Gwiezdne Wojny, Terminatora, Park Jurajski, Mad Maxa, Avengersów, Bonda i pewnie jeszcze kilka tytułów, które teraz mi uciekły z głowy. Gdzieś trochę z boku tego wszystkiego premierę miał jeszcze jeden film, który do Polski dotarł dopiero w styczniu. Mowa właśnie o Creed, czyli w zasadzie kolejnej odsłonie Rocky’ego. Nieślubny syn bohatera pierwszej części serii Appollo Creeda, zostaje wyciągnięty z poprawczaka przez żonę nieżyjącego mistrza. Ta wyprowadza go na ludzi, ale chłopaka ciągnie do boksu. Wbrew jej woli i na przekór wszystkim innym, rzuca prace i pod własnym nazwiskiem próbuje zbudować swoją legendę. Nie mogąc znaleźć trenera zwraca się do emerytowanego mistrza Rocky’ego Balboa.

Stallone kradnie film

I to dosłownie, laureat 22 nominacji do złotych malin i dziewięciokrotny zwycięzca tej niechlubnej nagrody ewidentnie wysuwa się na pierwszy plan w filmie. Przed obejrzeniem Creed miałem wrażenie, że Złoty Glob i nominacja do Oscara za rolę drugoplanową to tylko taka kurtuazja dla człowieka, który wiele dla kina zrobił. Trochę tak jak dla Clinta Eastwooda za American Sniper. Zostałem przyjemnie zaskoczony, bo choć nie jest to wiekopomna rola, to faktycznie za miniony rok nominacja jest uzasadniona i konkurując z Christianem Balem, Markiem Ruffalo i Tomem Hardym nie przesądzałbym o jego porażce. Emerytowany mistrz borykający się z własnymi problemami i pustką jaka została w jego życiu po odejściu wielu bliskich osób, wydaje się być rolą uszytą dla Stallone’a, tak jak kiedyś był to sam Rocky. Nie można zapomnieć o pozostałych aktorach. Michael B. Jordan, po roli w Fantastycznej Czwórce musiał szybko zmazać skazę na początkach własnej kariery. Udało mu się to wcale nieźle, chociaż na ekranie daje się zdominować Sylvestrowi. Tessa Thompson również nie miała jeszcze okazji żeby zapisać się na kartach mojej pamięci. Jej rola, choć mniej znaczna, również zaliczona na plus. Do tego towarzystwa dołącza jeszcze przybrana mama Adonisa, a żona Apolla, czyli pani Cosby. Phylicia Rashad dla mnie zawsze będzie panią Cosby i nie zależnie od tego w jakim filmie i jaką rolę zagra, zawsze nią już pozostanie. Na duży plus filmu policzyć chciałbym właśnie to, że nowi aktorzy budują swoją markę na plecach emerytowanych gwiazd. Taka stara szkoła.

sly

Czarna dusza filmu

Historie bohaterów są budowane trochę na siłę. [Mini Spoiler Alert] Wokalistka powoli tracąca słuch. Bękart Creeda, który większa część życia spędził w pałacu, a próbuje uchodzić za człowieka ulicy, afiszując się z tym jak to ciężko walczył o przetrwanie w poprawczaku.. Przyjaciel Rocky’ego, który chce zrobić z syna nowego mistrza. Mistrz świata, który po odsiadce chce zapisać nową kartę. I wreszcie sam Rocky, stary mentor prowadzący restaurację, odcinający się od boksu i swojego dziedzictwa [end spoiler alert]. Jest taki moment w filmie kiedy wszystkie te historie trochę trzeszczą i miałem wrażenie przesytu clisz. Film próbuje się później z tego trochę wybronić, ale niesmak pozostaje. Cała produkcja ma również bardzo wyraźny rys kultury afroamerykańskiej (ach, ta poprawność polityczna), większość bohaterów jest w końcu czarnoskóra, a antagoniści pochodzą z białego Liverpoolu. Stylizowanie filmu na czarne ulice Filadelfii uważam za nie do końca udane, nie kupiłem tego, ale może nie należałem do targetu.

motory

Emocjonujący boks

Nie lubię boksu, nie lubię MMA i wszystkich sportów walki. Szanuje zawodników, pracę jaką muszą włożyć w przygotowania. Natomiast nigdy nie sprawiało mi specjalnej frajdy oglądanie ani emocjonowanie się jak panowie, czy też ostatnio modne panie, piorą się po gębach na ringu. Tym większe był moje obawy, czy uda się twórcom zaprezentować walki bokserskie w przystępny sposób. Kultowy Rocky zdał ten egzamin i nawet we mnie coś wówczas drgnęło. Tak jak po obejrzeniu Wejścia Smoka postanowiłem trenować karate, tak Rocky przekonał mnie na pewien czas do boksu. Tylko, że wtedy miałem może z 10 lat. Creed również podołał zadaniu i chociaż nie planuje w najbliższym czasie odwiedzenia sali treningowej, to wszystkie pojedynki były emocjonujące, trzymały w napięciu i zwyczajnie dobrze się je oglądało.

Czego brakuje?

Przede wszystkim Eye of the Tiger, w filmie nie pojawia się żaden utwór, który mógłby chociaż uchodzić za kultowy. Brakuje też sceny pokroju tej ze schodami, tzn. jest chyba taka, która ma ją imitować, ale motocykle i quady prezentują się tandetnie. Brakuje też odrobinę bardziej wyraźnego przeciwnika. I nie chodzi mi o to, że Ricky „Pretty” Conlan nie sprawdza się jako cel i zagrożenie, chociaż do Appollo Creeda, czy Ivana Drago mu trochę brakuje. Sęk raczej w tym, że nową jakością w Creed jest walka na wielu frontach, których finalny pojedynek tak naprawdę nie rozwiązuje i nie zamyka. Stallone toczy własna walkę, Adonis walczy ze sobą, z przeciwnikami i z legendą ojca. Te braki są w różnym stopniu rekompensowane, a moje poczucie brakującego puzzla w układance wynika z łatki jaką film ma przypiętą, czyli właśnie kolejnego Rockiego.

family

Ale wiecie co? Kiedy na koniec dnia kurz opada, a obaj główni bohaterowie wchodzą po słynnych schodach w Filadelfii, to ma się satysfakcje z obejrzenia niezłego filmu. Mam wrażenie, że Creed jest alegorią dla samego siebie, bo tak jak Adonis musi się mierzyć bardziej z legendą własnego ojca niż przeciwnikami z krwi i kości, tak Creed jako film musi zmierzyć się serią Rocky. Wynik jest podobny jak filmie, [spoiler alert] mistrz pozostaje bez zmian, ale pretendent zaskoczył wszystkich i sprawił się bardzo dobrze [end of spoiler alert].

~Gamoń

Nie do końca w moim typie, ale…

skakanka

Nie jestem fanką sportów walki, a w życiu obejrzałam tylko pojedynek Andrzeja Gołoty z Tysonem, piętnaście lat temu. Rocky to jednak legenda światowego kina i rola, która rozpoczęła na dobre karierę Sylvestra Stallone. Czy Creed podobnie przysłuży się Michaelowi B. Jordanowi? Czas pokaże, chociaż zgadzam się z Gamoniem, że to stary Rocky ukradł dla siebie ten film. Uważam, że całość była całkiem niezła, chociaż sporo było tu tandety i kiczu. Najbardziej rozbawiło mnie to, jak główny bohater, chcąc uchodzić za najczarniejszego na dzielni, narzekał na to, jak ciężkie było CAŁE jego życie, a chwilę później rozbijał się po pałacu swojej macochy. Doszłam do wniosku, że cierpienie to straszna rzecz, ale chyba jednak odrobinie bardziej przyjemnie jest cierpieć w luksusie, kiedy możesz się skupić na przeżywanych uczuciach i nadal masz co jeść. Ze względu na sentyment do aktora o smutnych oczach oceniam na:

~Zgaga

Napisał Gamon
  • Szymon Daszek

    Zgadzam się w 100%. Co do soundtracku to momentami było słychać „Going to the distance” z poprzednich części. Czekam na recenzję Deadpoola – według mnie najlepszy film ostatnich lat, ale żeby w pełni przyjąć prezentowany tam humor, trzeba kojarzyć świat Marvela i popkulturę generalnie, dlatego o Was jestem spokojny:) Jedne z ostatnich słów wypowiedzianych do „małej gniewnej” powalają na łopatki.