Historyk sztuki Mat, na zlecenie swojej siostry, wyrusza nad mazurskie jeziora, aby odnaleźć srebrnego kura – zaginiony symbol bractwa kurkowego. Swoją drużynę pierścienia, jak to zwykle w książkach bywa, zbiera po drodze do celu. Stanowią ją spotkane w przydrożnym zajeździe siostry Agnieszka i Wiktoria, przystojny Bosman oraz jego syn – Ponton. Czy mimo rozmaitych przeciwności losu i zażartej rywalizacji ze strony czarnych charakterów, uda im się odszukać zaginiony skarb?

Pan Samochodzik 2.0

Już na wstępnie dowiadujemy się, że siostra głównego bohatera, stanowiąca zapewne personifikację autora książki w jego dziele, jest fanatyczką historii o przygodach Pana Samochodzika. Nic więc dziwnego, że cała powieść Emila Roszewskiego, pęka w szwach od wszelkiego rodzaju odniesień do tej serii. Mat jeździ wyprodukowaną za grube pieniądze repliką samochodu znanego z książek Nienackiego – brzydką, ale nie do prześcignięcia, dzięki silnikowi od ferrari ukrytemu pod maską. Na początku miałam wrażenie, że fabuła osadzona jest we współczesnym świecie. Z biegiem czasu doszłam do wniosku, że bliżej jej raczej do lat 80 – ludzie nie korzystają jeszcze nałogowo z komórek, a żeby się z kimś porozumieć na odległość nadają telegramy lub wysyłają listy. Sposób komunikacji między postaciami jest ponadto nieco usztywniony i sformalizowany – Wiktoria i Mat, mimo że są w tym samym wieku, zwracają się do siebie per Pan i Panna, co obecnie nie jest standardem, ale jestem w stanie uwierzyć, że te 30 lat temu było. Takich niuansów jest znacznie więcej, nie mają one na szczęście negatywnego wpływu na odbiór książki. Wręcz przeciwnie, budują jej klimat.

samo

Jednak coś innego ma…

Książka jest wręcz przeładowana różnymi informacjami. Pierwotnie miały chyba pełnić funkcję ciekawostek, uzupełniających wiedzę czytelników, w niezbędne do zrozumienia fabuły elementy. Dzięki niej udało mi się na przykład dokładnie poznać historię bractw kurkowych w Polsce. Dlaczego powstały, kiedy, kto mógł być ich członkiem i z czym się to wiązało. Niby przy okazji Mat opowiada o nich Agnieszce, niby jest to fajny akcent, ale przydługi i wyglądający na przeklejony z  encyklopedii. Niestety, ten fragment nie jest jedyny i to mój podstawowy zarzut do Na tropie srebrnego kura. Drugi zarzut tyczy się samych bohaterów książki. Nie potrafię dokładnie określić z czego to wynika, ale postaci wykreowane przez Emila Roszewskiego sprawiają wrażenie sztucznych, przerysowanych, bazujących na stereotypach – trochę tak jak piosenkarz, który podczas koncertu korzysta z playbacku – rusza ustami, tańczy, słyszysz piosenkę, ale wyczuwasz nutę fałszu. Mat, Wiktoria, Agnieszka, Bosman, Ponton i inni przypominają trochę aktorów, którzy starają się dobrze odegrać przypisaną rolę. Postępują dokładnie zgodnie ze scenariuszem, bardzo się starają, ale wypadają nieprzekonująco, brak im po prostu duszy.

bractwo-2

Historia jakich wiele

Na tropie srebrnego kura to lekka, wakacyjna powieść, po której jesienią nie zostanie w pamięci czytelnika nawet ślad. Mimo trochę topornych wtrętów informacyjnych, całkiem przyjemnie się ją czyta, jest to jednak lektura jakich wiele. Fabuła nie jest zbyt oryginalna, ot kolejna historia o tajemnicznym, zaginionym skarbie, który oczywiście ostatecznie zostanie odnaleziony, przez jedyną, właściwą stronę. Kto jest głównym konkurentem w batalii o metalowego ptaka nie trudno się domyślić, zaskakujący jest jedynie jeden z sojuszników wrogiej kompanii. Ponieważ czytałam wiele znacznie lepszych książek, oceniam na

3g

~Zgaga

Nie potrafię być obiektywny

Najbardziej lubię te nasze wpisy, w których się ze sobą zupełnie nie zgadzamy, bo to jest ciekawe i pokazuje jak bardzo inaczej myślimy. W różnorodności siła. Tak będzie w tym przypadku. Głęboki ukłon dla Emila Roszewskiego za tę książkę, która pozwoliła przenieść mi się niemal dwie dekady wstecz, kiedy to z wypiekami na twarzy pochłaniałem Wyspę Złoczyńców. Zgago, dość często wytykam Ci braki wiedzy historycznej, kiedy Ty wypunktowujesz mnie na innych polach :). Właśnie miałaś okazję zapoznać się ze swojego rodzaju „hołdem” dla serii książek, która w dużym stopniu jest odpowiedzialna za moje zainteresowania, fascynacje, a pewnie też sposób myślenia i nie tylko. 134 tomy, bo tyle liczy sobie seria o Panu Samochodziku, z różnym szczęściem kontynuowana przez różnych autorów, doczekała się właśnie tomu 135. Tak przeszkadzające Ci encyklopedyczne wtręty stanowią fundament dla wszystkich z nich i są obok wehikułu znakiem rozpoznawczym serii, która ma właśnie opowiadać lekkie, wakacyjne przygody, z wplecionymi w tekst garściami informacji. Na tropie srebrnego kura wpisuje się w ten schemat całkiem nieźle, odkrywając zapomniane dla zwykłego zjadacza chleba, okruchy wiedzy. Dość może jednak przekomarzania się, wróćmy do tekstu samego w sobie. Powieść czyta się dobrze, nieraz gęba mi się mimowolnie ucieszyła dzięki licznym nawiązaniom, klimatem pasuje do PS i Templariuszy, ale mimo nostalgii, a może właśnie przez nią, cały czas miałem poczucie, że nie jestem docelowym odbiorcą tej książki. A jeśli nie ja, to kto? Brakuje wyraźniejszych przeciwników (gdzie Batura, gdzie Malinowski?), zwrot akcji jest dość zaskakujący, ale nie na tyle by wryć mi się w pamięć na długo. Jak słusznie zauważyła Zgaga, lekka powieść nie zostanie raczej w mojej głowie, a szkoda. W pełnym brutalnych, kipiących seksem, prześcigających się w efektach specjalnych i wielopoziomowych intrygach książek i filmów świecie, rzadko jest miejsce i czas na takie spokojne treści i chyba tego mi najbardziej żal.

~Gamoń

Napisał Zgaga