Uwielbiam kino grozy! Horror Duch z 1982 roku, jest jedną z moich ulubionych produkcji. Fabułę pewnie kojarzycie – rodzina wprowadza się do domu, wybudowanego na starym, indiańskim cmentarzu, a wokół nich zaczynają się dziać naprawdę dziwne rzeczy. W tamtych czasach komputera jeszcze nie było, więc efekty specjalne były nieco bardziej skomplikowane, ale przez to film jest niezmiernie klimatyczny. Kiedy więc Gamoń zaproponował mi wybranie się na enemef w Multikinie, na którym grany miał być między innymi remake tej wspaniałej produkcji, nie mogłam mu odmówić!

W planie były cztery filmy – pierwszym był Poltergeist, o którym już co nieco wspomniałam, drugim Oculus, trzecim Coś za mną chodzi, a ostatnim Co robimy w ukryciu. Żadnego z nich nie widziałam, więc noc zapowiadała się naprawdę obiecująco. Dla Gamonia była to „noc grozy” w innym znaczeniu tego słowa. Delikatnie mówiąc, nie przepada on za tym rodzajem kina, tym bardziej doceniam jego poświęcenie. Ponadto, towarzyszenie mi podczas tego typu seansów, do przyjemnych nie należy. Jak zawsze dużo gadam, dokumentnie komentując wszystko co się dzieje na ekranie. Ciągle się wiercę, a zwłaszcza przy tak długich, wielogodzinnych projekcjach. Narzekam też na głód i zimno, które dręczą mnie nieustannie. A co najgorsze, w chwilach strachu, ściskam mocno rękę Gamonia mokrą od potu dłonią i wbijam mu paznokcie szukając ochrony przed wirtualnym złem. Przejdźmy jednak do rzeczy : )

Poltergeist

Fabuła jest niemal identyczna jak jego starszego brata, z tym że cmentarz na którym postawiono dom nie jest indiański, a w ogrodzie brakuje basenu, mogącym w finale wypełnić się wypływającymi w strugach deszczu trumnami. Jest również mnóstwo efektów specjalnych, które wyglądają niestety tandetnie, na przykład wizualizacje dusz nie mogących „przejść na drugą stronę” czy wylewającego się z szczelin w chodniku smolistego błota. Ekipa pogromców duchów dysponuje też nowoczesnym sprzętem, takim jak dron, a rodzina powiększyła się o starszą siostrę rodzeństwa. Możliwe, że gdybym nie znała oryginału, to nie kręciłabym nosem. Były w końcu wywołujące dreszczyk momenty. Bazowały jednak na amerykańskich standardach, typu coś z zaskoczenia wskakuje w pole naszego widzenia, w towarzystwie głośnego dźwięku. Niby nadal skuteczne, ale strasznie ograne. Brakowało mi wcześniejszej świeżości, klimatu i budującej napięcie gry aktorskiej. Dlatego ode mnie

4g

Czemu aż 4? Bo widywałam znacznie gorsze horrory! Widzieliście Martwicę Mózgu czy Bone Sickness? Tak? To rozumiecie o czym mówię.

Poltergeist_trailer

Oculus

Od wieków wiadomo, że lustra są z natury złe. Informacje na ten temat można znaleźć w książkach, chociażby fantastycznym „Zwierciadle Piekieł” Grahama Mastertona. Ostrzegają przed nimi również mądrości ludowe, nakazujące zakryć wszystkie lustra w domu osoby zmarłej. Niektórzy twierdzą, że robi się to po to, żeby zmarły nie znalazł sobie towarzysza w drodze na tamten świat. Inni uważają, że dusza mogłaby zostać uwięziona w ten sposób w zwierciadle. W Oculusie mamy do czynienia raczej z tą drugą sytuacją. W staroświeckim lustrze zagnieździły się siły nieczyste, które doprowadzają ludzi do obłędu, wysysają z nich energii i wzbudzają mordercze skłonności, wobec siebie i otoczenia. Próby jego zniszczenia podejmuje się rodzeństwo Kaylie i Tim, które kilkanaście lat wcześniej straciło przez nie wszystko, co było w ich życiu ważne. Czy uda im się tego dokonać? Cóż, oczywiście Wam nie powiem, sprawdźcie sami! Oculus to całkiem przyzwoity horror, trzymający w napięciu i nakręcony w dość ciekawy sposób. Przeszłość przeplata się w nim z teraźniejszością, rzeczywistość z urojeniami. Chwilami nie wiemy, czy to co widzimy dzieje się naprawdę, czy stanowi jedynie wybryk wyobraźni bohaterów. Bohaterowie też tego nie wiedzą, co doprowadza do dramatycznych konsekwencji. Do gustu niezbyt przypadła mi aktorka grająca rolę Kaylie – była całkiem ładna, ale zachowywała się trochę jak robot, a nie człowiek. Niby wszystko spoko, ale i tak miałam wrażenie, że widzę androida. Drugim mankamentem był pewien element identyfikujący zjawy, a mianowicie ich tęczówki. Były one białe, jak pokryte bielmem i jaśniejące w ciemnościach. Nie wyglądało to dla mnie strasznie, już raczej śmiesznie. Dzięki temu zabiegowi, odróżnienie człowieka od ducha, nie stwarzało absolutnie żadnego problemu. Bez niego z pewnością bym tego nie dokonała :D. Oceniam na

Nie jest to film do którego wrócę, ale lubię i doceniam „ludowe” inspiracje.

oculus-11

Coś za mną chodzi

It Follows, czyli oryginalny tytuł produkcji, brzmi w moich uszach znacznie lepiej niż jego polska adaptacja. No i nie wywołuje skojarzeń z pewną reklamą dezodorantu z lat 90′ – „Ten zapach za mną chodzi, nie mogę się uwolnić… Hattrick, hattrick!”. Ponuciliście już sobie? No to możemy kontynuować. Akcja filmu ma miejsce w czasach, kiedy nikt nie posiada jeszcze komórki, a telefon stacjonarny przypomina wyglądem pustaka, do budowy domu. Grana na syntezatorze muzyka doskonale pasuje do otaczającej nas rzeczywistości w stylu retro, chociaż odniosłam wrażenie, że Gamoniowi nie bardzo się podobała. Główna bohaterka, czyli nastoletnia Jay, idzie na gorącą randkę, z niedawno poznanym chłopakiem. Wszystko jest super, póki zaraz po stosunku, nie przykłada jej do twarzy szmatki nasączonej chloroformem i nie wywozi na odludzie. O dziwo, nie chce jej skrzywdzić, przynajmniej nie bezpośrednio. Chce tylko pokazać, co jej w ten sposób przekazał. Nie jest to na szczęście wirus HIV, a nowy followers. Pomyślicie, że to nic takiego. Że przecież fajnie mieć „podążającego”, przynajmniej na Twitterze. Grubo się mylicie. Od tego momentu, za Jay stale podążać będzie „coś”. Chociaż istota ta jest stosunkowo powolna, to nie jest głupia. Żeby zbliżyć się do Jay może przyjąć dowolnie wybrany wygląd, podszywać się pod rodzinę lub bliskich, albo wyglądać jak ktoś zupełnie obcy. Jedno jest pewne. Istota ta na pewno nie ma dobrych zamiarów, a żeby pozbyć się jej niechcianej asysty, należy się z kimś przespać. Pomysł na fabułę sam w sobie jest całkiem dobry, nigdy nie widziałam niczego w tym stylu. Szkoda tylko, że to wszystko nie ma po prostu większego sensu. Nie wytłumaczono nam kim są ci followersi, dlaczego osaczają swoje ofiary i skąd się wzięli. Nasi bohaterowie nie próbują się nawet tego dowiedzieć, po prostu akceptują ich istnienie. Ja bym chyba szukała pomocy u jakiegoś księdza, cyganki, kapłanki Voodoo czy w ostateczności psychiatry, żeby zrozumieć co się dzieje. A oni, bez zbędnych pytań, wchodzą w konwencję. W filmie jest sporo zabawnych momentów, jak dialogi Jay z jej przyjacielem, oferującym jej „wybawienie od problemu”. Bywają również totalnie żenujące, jak scena w której followers pojawia się całkiem nagi na dachu budynku, powiewając penisem na wietrze. Najgorszy jest jednak moment, w którym dowiadujemy się dlaczego istota podąża za swoją ofiarą. Po prostu jakiś dramat. Mimo wszystko film mi się podobał, był miłą odskocznią od tych wszystkich, typowo amerykańskich gniotów. Daję mu

Ostatni film wieczoru, czyli Co robimy w ukryciu, postanowiliśmy sobie darować. Po pierwsze, właściwie nie jest to horror, tylko czarna komedia. Po drugie, było już bardzo późno. Po trzecie, Gamoń dotarł już do granicy swojej wytrzymałości.

o-IT-FOLLOWS-facebookMimo to, chciałam Ci podziękować Gamoniu, że wybrałeś się ze mną na ten enemef. Wiem, że przez najbliższe miesiące nie namówię Cię na wspólne obejrzenie horroru, ale i tak uważam że było warto. Zdecydowanie polecam Wam maratony filmowe – są tanie, bo bilet studencki na całą noc kosztuje tylko 31 zł, a można nadrobić sporo zaległości.

~Zgaga

ENEMEF grozy, o zgrozo

Co tu dużo mówić, to zwyczajnie nie jest mój ulubiony gatunek kinematografii. Gdyby nie Zgaga, pewnie w ogóle zlikwidowałbym go z filmowego jadłospisu. Owszem, trafiają się czasem perełki jak Sierociniec, czy Lśnienie, oryginalne pomysły jak pierwszy R.E.C. albo horrory tzw. rozrywkowe, które spełniają trochę inną rolę. W tej ostatniej kategorii, widzę wszystkie Oszukać przeznaczenie i Piły. Ale generalnie jest to kino dla mnie bardzo ciężko strawne. Niestety, mimo moich złudnych nadziei, żadna z zaprezentowanych tej nocy produkcji nie była w najmniejszym stopniu interesująca. Ale to Zgaga jest tutaj koneserem i to miał być jej wieczór. Dla mnie Poltergeist i Oculus to kopiuj wklej 35 identycznych filmów, które do tej pory widzieliśmy. Przy czym Oculus spodobał mi się dużo bardziej, ze względu na to, że osią wydarzeń było lustro, a teraźniejszość mieszała się z przeszłością i ułudą tworząc fajny miszmasz. Chyba najlepszy z widzianego przez nas tria był jednak niszowy i abstrakcyjny It Follows. Muszę użyć angielskiego tytułu, bo ten polski mi leży. Wygrywał wcale nie jakością, ale przede wszystkim swoją innością. A i tak Zgago, syntezatorowa muzyka, która prześladowała nas razem z zagadkowym stworem, była nieznośna. Nawet nie podejmę się oceniania tych filmów, bo szkoda obrazków ;P

~Gamoń

Napisał Gamon