Na początku grudnia miałem kosmiczną przyjemność poprowadzić spotkanie autorskie z Jakubem Ćwiekiem, autorem Chlopców, Kłamcy, Dreszcza i kilku innych pozycji. Jeszcze w trakcie kuluarowych rozmów wypłynął temat gier komputerowych i do tablicy wywołany został Hitman i jego najnowsza ekranizacja. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że wypadałoby nadrobić przygody Agenta 47, który był jedną z kultowych postaci mojego dzieciństwa. Jeszcze gdzieś pod koniec podstawówki stawiałem pierwsze kroki w skórze łysego faceta, z kodem kresowym na karku i dwom lśniącymi silverballerami. Od tamtej pory przeszedłem większą część serii i obserwowałem jak gra ewoluowała, aż do kapitalnego Absolution. Nie spodziewałem się po filmie wiele, ale zachęcony umiarkowanie pozytywnym odbiorem wspomnianego wyżej Jakuba Ćwieka, który jest swego rodzaju specjalistą od popkultury, dodałem film do listy „must see”.

Do dwóch razy sztuka

Nie jest to pierwsza ekranizacja przygód Agenta 47, poprzednio wcielił się w niego Timothy Oliphant, a towarzyszyła mu Olga Kurylenko. Film z growym uniwersum był powiązany bardzo luźno i jest wręcz definicją określenia „na motywach”. Coś tam niby się pojawia, Diana, garnitur i kod kreskowy, ale reszta to w zasadzie niepowiązane, przeciętne kino akcji. Gdyby nie marka, pod której szyldem produkcja powstała, nawet bym nie pamiętał, że te 8 lat temu film widziałem. Dlatego po nowym filmie na motywach też się niewiele spodziewałem. Ku mojemu zdumieniu, zostałem przez reżysera Aleksandra Bacha całkowicie zaskoczony, niestety bardzo negatywnie.

hitman-agent-47-rupert-friend-quinto-hd-screencaps-22

Jedyny moment w filmie, kiedy 47 zachowuje się jak 47, ale to tylko przez kilka sekund.

My name is Bond, Hannah Bond

Hitman: Agent 47 to totalny gniot i piszę to już na samym wstępie. W roli w zasadzie stworzonej idealnie dla Jasona Stathama, obsadzony został tym razem zupełnie mi nie znany Rupert Friend, który w czarnym garniturze i czerwonym krawacie zamiast wzbudzać respekt i pozytywne konotacje, kojarzył mi się z młodym ochroniarzem z Tesco, w zbyt dużym uniformie. Jego przeciwnik Zachary Quinto, szerokiej publiczności znany jako Spock z nowego Star Treka, też powinien o tej roli szybko zapomnieć. Żaden z nich jednak nie został obsadzony w głównej roli, stanowili tylko kolorowe tło dla głównej bohaterki Katii, którą grała Hannah Ware. Jest ona jednym z powodów, dla których ten film jest strasznie dziwny. Z jednej strony to wokół niej dzieje się cała akcja, a Hitman jest tylko swego rodzaju mentorem i przewodnikiem dla Katii właśnie. Z drugiej jest dość typową kobiecą rolą w filmie akcji, ma ładnie wyglądać i ozdabiać mężczyzn. A teraz zagadka dla Was, skąd znamy tę aktorkę i czym zyskała sobie rozpoznawalność? Męczyło mnie to strasznie, bo nie mogłem sobie przypomnieć skąd znam ten zlepek słów – Hannah Ware, filmweb podpowiadał, że może ze Wstydu. Tylko, że ja Shame do tej pory nie widziałem, a i rola Hanny była tam raczej skromna. A kojarzycie taką oto reklamę:

Mózg jest straszny, widziałem ją tylko kilka razy, a tak mocno zakodowałem sobie „My name is Hannah Ware”…

Hitman: Kapitan Blazkowicz

Dobrze, ale nie sami aktorzy stanowią o słabości nowego Hitmana. Nawiązania do gry ponownie są raczej skromne i poza samą postacią, silverballerami, głosem Diany i dziwną wersją Syndicate, trzeba ich ze świecą szukać. Pojawia się kilka scen, które chyba są mrugnięciami w stronę graczy, ale tylko chyba. Historia opowiedziana w filmie sprowadza się do prób znalezienia ojca Katii, który okazuje się być autorem projektu stworzenia super żołnierzy, który zaowocował agentami, w tym i naszym ulubionym 47. Kiedy Agencja i Syndicate przez lata próbują odnaleźć Litvenke, tropiąc jego córkę, która rzekomo ma do niego doprowadzić, ten spokojnie w Tajlandii hoduje sobie kwiatki. Oczywiście sama Katia również okazuje się mieć ponadnaturalne możliwości. I tu pojawia się kolejny zgrzyt. Ideą gry było wykonywanie zleceń, zabójstw w taki sposób, żeby nie pozostawić po sobie najmniejszego śladu, w innym wypadku gra potrafiła mocno ukarać. Zawsze istniało kilka ścieżek, czasem nie obyło się bez przemocy, ale egzekwowanej po cichu. Zdarzały się też zlecenia, w których trzeba było iść przebojem, ale bardzo, bardzo rzadko. Hitman: Agent 47 to zupełne zaprzeczenie idei gry. Film mógłby się nazywać Wolfenstein: Blazkowicz i wtedy lepiej oddawał by ducha gry. Ewentualnie John Wick 1,5 i chociaż wiedziałbym na co się decyduję.HITMAN-AGENT-47-8


Dobijcie mnie

Trwająca 96 minut katorga dla fanów serii ma kilka jaśniejszych momentów. Dwie albo trzy sceny akcji, które sprawiają, że kącik ust się lekko unosi. Reszta to marne efekty, przegadana i przekombinowana fabuła i betonowa gra aktorska. Ledwo dotrzymaliśmy do końca. Naprawdę nie można było zrobić trzymającego w napięciu, skradanego kina akcji, który otwierałoby zlecenie wykonywane przez Agenta 47? Później pojawiałby się jakiś luźny wątek sprzeciwiania się agencji, jak w Absolution chociażby? Można by to albo przerysować, posługując się postaciami takimi jak mordercze zakonnice, albo zrobić całkowicie na poważnie. Ale wyszłoby 100 razy lepiej niż to coś.

Serdecznie odradzam 2g

~Gamoń

Nonsens

agent47Hitman: Agent 47, to jeden z głupszych i bardziej nonsensownych filmów jakie widziałam. Scena na stacji metra, która stanowi całkowite zaprzeczenie idei zawartych w grze, a także zasad zwyczajnej logiki postępowania, jest tego najlepszą ilustracją. Przecież to takie normalne, że będąc zabójcą na zlecenie i chcąc za wszelką cenę zachować anonimowość, Agent 47 wkracza na stację metra, staje na jej środku, jak gdyby nigdy nic wyciąga spluwę i ładuje do wszystkich wokół. Jest przecież takim kozakiem, że absolutnie nie musi przejmować się kamerami i obecnością licznych świadków. Gra aktorska mogłaby być jeszcze wspanialsza tylko wtedy, gdyby szeregi obsady uświetnił swoją obecnością Nicolas Cage. Film jest bardzo zły, a byłby jeszcze gorszy, gdyby nie jego śmieszność, wynikająca z absurdalności pokazywanych sytuacji. Dlatego i tyko dlatego oceniam na 2g

~Zgaga

Napisał Zgaga
  • Nawet nie wiedziałem, że tyle tych cutscenek było. Dużo lepiej się to ogląda, ale i tak mamy uraz do Hitmana na czas jakiś. Wielka szkoda, że oddali taki tytuł do reżyserowania tak bardzo nikomu. Oczywiście chciałbym życzyć panu Bachowi dużo szczęścia, sukcesów i kariery ale może niech zmieni dyscyplinę, a na pewno nie tyka moich ulubionych marek.