Korporacja 13, czyli debiut literacki Zbigniewa Siatkowskiego, zbudowany został na bardzo ciekawym pomyśle. Przywodzi na myśl post-apokaliptyczne klimaty w stylu mojego idola Dimitry Glukhovskiego i jego Metra 2033. Akcja powieści ma miejsce jednak w Polsce, a nie w Rosji. Ludzie, po zakończeniu wyniszczającego konfliktu zbrojnego, zmuszeni byli schronić się tym razem nie w tunelach metra, a w kilku ocalałych budynkach. Na ruinach dawnego społeczeństwa, budują zupełnie nowy system. Zadziała, czy podobnie jak nielubiany przeze mnie Windows Vista spotka się z generalnym linczem?

 

Rok 2059, znany również jako 49 okres rozliczeniowy

W budynkach dawnych korporacji władzę przejmują ex-menedżerowie wyższego szczebla. Pokolenie, które pamiętało świat sprzed katastrofy zdążyło już wyginąć, z nielicznymi wyjątkami. Młodzi ludzie nie rodzą się w do końca naturalny sposób. Ich dorastanie też nie przebiega normalnie. W budynku przygotowań są szkoleni przez specjalnych trenerów, do przyjęcia przygotowanej dla nich na podstawie określonego życiorysu, tożsamości. Do momentu kiedy nie są gotowi do wejścia w rolę, na przykład kierownika działu handlowego o nazwisku Sławomir Mas, nie posiadają nic. Imienia, nazwiska, żadnych przywilejów. Nie posiadają także płci, ponieważ pojęcie to zostało zlikwidowane. A co jeżeli po rozpoczęciu swojego życia, okaże się że nie sprawdzają się zbyt dobrze? No cóż, można ich wyrzucić na wypalające oczy słoneczko i wyszkolić kogoś na ich miejsce. Jak w normalnym życiu 🙂 Co jeszcze charakteryzuje codzienność w korporacji? Sztuczne światło zapalane zgodnie z harmonogramem przez Zarząd, ponieważ światło słoneczne ponoć zabija. Przymusowa integracja polegająca na skokach wzwyż po schodach, jedzenie dostarczane w pudełkach pod drzwi pokoju, setki bezsensownych procedur i zadań. A wszystko to ma przygotować naszych zdolnych adeptów na życie w świecie, do którego powróci Klient. Brzmi obrzydliwie, ale czyż właśnie tak nie wygląda rzeczywistość wielu spośród nas? Ile osób musi chodzić do pracy, w której robi rzeczy nie mające żadnego celu, pisze raporty przez nikogo potem nieczytane, wykonuje czynności obiektywnie nieistotne? Odnoszę wrażenie, że wiele.

 

Pomysł intrygujący, a co z jego realizacją?

Niestety, zdecydowanie gorzej. Dość długo się zastanawiałam, co mi w tej książce nie gra. Przecież temat jest spoko, szybko się ją czyta, chochlików drukarskich brak. Wszystko na pierwszy rzut oka super. Tylko dlaczego po przeczytaniu 100 stron powieści, nadal nie pamiętam imion bohaterów, a ich losy obchodzą mnie tyle, co cena drewna na Sri Lance? I wtedy spłynęło na mnie oświecenie. Głównym problemem książki jest bardzo płytkie kreowanie postaci. Niby coś tam o nich wiemy, ale tak naprawdę żadna z nich, niczym specjalnym się nie wyróżnia. Arlen z Malowanego Człowieka miał tatuaże i dramatyczną przeszłość, Detektyw w Gniewnym Lecie był psem na baby i miał wiele kwiecistych porównań. A tutaj? Zupełnie nic. Dialogi bohaterów, również te wewnętrzne, są bardzo powierzchowne i reprezentują poziom naiwności właściwy dziecku. Żaden z nich nie zadaje zbędnych pytań, nie ma właściwie żadnych wątpliwości, co do tego dlaczego jest jak jest i praktycznie nie buntuje się przeciw losowi.

Mea Culpa

Może jednak winy za negatywny odbiór książki, powinnam upatrywać w swoich upodobaniach? Może i tak. Ale chyba nie jest spaczeniem to, że lubię jak bohater ma swoją własną historię, która ukształtowała jego ciało i umysł? Chyba nie jest spaczeniem to, że lubię patrzeć jak targają nim wewnętrzne dylematy i emocje trudne do opanowania? Możliwe, że koncepcja przyjęta przez Zbigniewa Siatkowskiego po prostu nie przypadła mi do gustu. Z założenia wszyscy mieli być przecież zunifikowani, posłuszni, bezkrytyczni. Tylko czy taki proces jest możliwy do przeprowadzenia? Mimo wszystko, nie chce mi się w to wierzyć, nie przy użyciu tych narzędzi. W Korporacji 13 brakowało mi uczuć, błyskotliwego myślenia, logiki albo chociaż uwiarygodnienia realiów. Dlaczego ludzie tyle lat po wojnie, nie próbowali nawet sprawdzić jak wygląda powierzchnia? Przecież nie było żadnego skażenia radioaktywnego, więc skoro bali się głównie słońca, to czemu przez 40 lat nie spróbowali wyjść nocą?

Dobre złego początki?

Korporacja, mimo bardzo dobrego pomysłu, którym szczerze powiedziawszy zachwyciłam się na pierwsze 50 stron, nie przypadła mi do gustu. Im dłużej czytałam, tym moja opinia ostrzej pikowała w dół. Książka ta absolutnie nic nie wniosła do mojego życia. Uważam wręcz, że czytając ją straciłam czas, czego bardzo nie lubię. Nawet zakończenie, wyjaśniające kilka z moich wątpliwości, nie dało rady nastawić mnie do niej pozytywnie. Ode mnie

2g

A Ty Gamoniu, co o tym sądzisz?

~Zgaga

Gamoń przeczytał Korporację jako pierwszy, już jakiś czas temu, i…

Dużą trudność sprawia mu przypomnienie sobie imion bohaterów. Rozumiem, że taka ich nijakość wpisuje się poniekąd w ogólną koncepcję książki, tylko to się nie do końca sprawdziło. Podobnie jak Tobie, sama idea czająca się między stronami podobała mi się bardzo, pierwsze 80 stron wprowadzające nas w świat wciągnąłem jednym tchem. Potem się wszystko rozlazło, zabrakło czegoś, co przykuło by mnie do fotela. Nie jestem pewien czy to wyłącznie wina mało wyrazistych bohaterów, czy bardziej trzeszczących fundamentów wykreowanego świata. W odróżnieniu jednak od Ciebie, podobał mi się nie tylko sam początek, ale i koniec, zwrot akcji i wnioski jakie wypłynęły na końcu od mieszkańców 13stki. Poza tym Twój zarzut związany z brakiem chęci sprawdzenia, co też dzieje się na powierzchni, jest nie do końca celny. W końcu ostatecznie wyszli, prawda? 

Ode mnie odrobinę więcej 4g

~Gamoń

Dziękujemy wydawnictwu Novae Res, za możliwość wcielenia nas na kilak godzin do Korporacji 13!

Napisał Gamon