Kasiowe: Książki

Zasiadając do czytania Procesu, myślałam że będzie to kolejny, banalny kryminał. Jest detektyw – William Harper, który utracił ukochaną i swoje uczucia przeniósł na rozweselający trunek. Jest młoda archeolog, panna Oliwia Brzeska, potrzebująca pomocy w odnalezieniu pewnego starożytnego artefaktu. Jest również doktor Moore, nieco ekscentryczny, ale powszechnie szanowany filantrop, finansujący całą imprezę. Wszystko powinno przecież zmierzać do tego, że skarb zostanie odnaleziony, doktor usatysfakcjonowany naukowym odkryciem, a detektyw pocieszony przez panią archeolog, z którą przed napisem „koniec” odejdzie pod rękę w stronę zachodzącego słońca. Na szczęście, moja wyobraźnia okazała się ewidentnie ograniczona w stosunku do tego, co zafundował nam autor.

Tomb Raider

Początek przywodzi mi na myśl skojarzenia z przygodami młodej Lary Croft i jej matki. Kiedy William Harper, w mroźny, śnieżny dzień, wsiada do samolotu, mającego przetransportować go w miejsce potencjalnej lokalizacji artefaktu, nie zdaje sobie sprawy, że ten lot będzie jego ostatnim. Jak się okazało, statek rozbija się parę godzin po starcie, a jego pasażerowie – zgromadzeni przez Moore’a specjaliści z dziedzin wszelakich, budzą się po wypadku na bezludnej wyspie. Przynajmniej tak im się początkowo wydawało, bo autochtoni dość szybko ujawniają obecność i wrogie intencje. Dają intruzom trzy dni na opuszczenie swojego terytorium. W przeciwnym razie, będą zmuszeni przeprowadzić proces, w wyniku którego wymordują ich jedno, po drugim. Czego będzie dotyczył proces? Dlaczego jego978-83-7942-783-3 rezultat jest tak oczywisty? Na czym ma on niby polegać? Tego nie wie nikt. Możemy się jedynie domyślać. Moje myśli na pewien tor nakierował zamieszkujący wyspę Piotr, nazywający sam siebie „strażnikiem bramy”. Wszak odniesienie do Biblii jest dość oczywiste. Nie jestem jednak do końca przekonana czy jest to słuszna koncepcja.


Proces w Trójkącie Bermudzkim


Wyspa na której rozbił się samolot, teoretycznie nie ma prawa istnieć. Nie znajduje się na żadnych mapach, pora roku panuje na niej całkowicie inna niż powinna, czas też się nie zgadza. A kontakt nawiązany ze światem zewnętrznym, pomnaża jedynie wątpliwości. W tym dziwnym miejscu znajdują się jednak tajemnicze lustra oraz inne przedmioty, o potężnej, ale nie do końca poznanej mocy. Rozpracowanie ich działania będzie pochłaniało detektywa, aż do samego końca. Wszystko to jest mocno intrygujące i frapujące. Mój mózg, podczas pochłaniania kolejnych stron, coraz mocniej się zapętlał, a zwoje skręcały się jak mocno ściśnięte sprężyny. Nie do końca rozumiałam wydarzenia, które przydarzały się naszym bohaterom, ale nie mogłam się od nich oderwać. Do tego stopnia, że mającą prawie 400 stron książkę, wciągnęłam w niecałe dwa dni. Zastanawiam się też nad ponownym przeczytaniem Procesu, żeby w pełni go zrozumieć, ponieważ wydaje mi się że sporo mogłam przegapić, a dawno nie czytałam nic równie ciekawego.

Styl

Interesujący jest sam styl książki i sposób w jaki porozumiewają się postaci. Autor w widoczny sposób zainspirował się twórczością Agathy Christie, chociaż akcja powieści zlokalizowana jest w trochę mniej odległych czasach. Dzieje się pod koniec lat 90′, kiedy nie każdy dysponował jeszcze komórką, nie wszystko było już w internetach, a mężczyźni odnosili się do kobiet z należnym szacunkiem. Troszkę to wszystko zostało przerysowane i ugrzecznione; panno Oliwio; szanowny panie detektywie; postradałeś zmysły Harton?; Ty się radujesz, a ja nie widzę powodów… Taka stylizacja byłaby może bardziej odpowiednia dla lat 80′ lub nawet 70′, ale mimo wszystko budowała klasyczny klimat kryminału. Jedynym, można to nazwać, mankamentem Procesu, jest sposób zarysowania postaci. Fabuła, owszem, jest bardzo dopracowana i dogłębnie przemyślana, chociaż sporo jest w niej niedomówień, w moim odczuciu celowych. Bohaterowie jednak w opozycji do opowieści, zostali zarysowani pobieżnie, schematycznie i dość płytko. Detektyw William Harton nosi oczywiście klasyczny kapelusz, długi, czarny płaszcz, a za pasem ma ukryty rewolwer. Jest jednak najbardziej dopracowany ze wszystkich, bo reszta ma po prostu do wypowiedzenia swoje kwestie i nic poza tym. A szkoda, bo książka zyskałaby na tym jeszcze bardziej.

Werdykt w Procesie

Mój werdykt, wobec Procesu Michała Gałwy brzmi winny! Winny pobudzenia mojej wyobraźni do granic możliwości, winny wywołania mojego zainteresowania, a ostatecznie winny tego, że chcę więcej. Z chęcią przeczytam coś jeszcze pióra tego Autora, z chęcią dowiem się czegoś więcej o nim samym, bo na okładce informacji brak, a sieć milczy. Oceniam na

8g

~Zgaga

 

Chcieliśmy lekkiej powiastki na wakacje, a dostaliśmy skrętu zwojów.

Co ja czytam? To zasadnicze pytanie odbijało się po mojej głowie, od momentu kiedy przebrnąłem przez sielankowy początek książki. Jej koncepcja wymyka się pojmowaniu i po przeczytaniu aż chce się zapytać autora ‚ale o co chodzi?’. I to jest jedyny atut Procesu. W przeciwieństwie do Zgagi, trochę się męczyłem przebijając się przez kolejne strony. Pchany jedynie ciekawością szalonej myśli, która stoi za tą powieścią. Nie mogę napisać, że mi się nie podobało, bo podobało. Tylko czegoś tu jeszcze brakowało. Pojawiło się za dużo pozrywanych, nie pasujących wątków. Za dużo szwów, trzymających wymyślone realia w kupie, było popękanych. No i te nijakie postacie. Minął tydzień od przeczytania książki i choć mój mózg nadal trawi to co przeczytał, to już absolutnie nie pamiętam imion bohaterów. Sama książka, choć tytuł nasuwa oczywiste skojarzenie z pozycją Franza Kawki, nie ma z nią nic wspólnego. Już bardziej kojarzyła mi się z z cyklem Hyperion-Endymion Dana Simmonsa. Kotłowanie się czasu, zwroty akcji. Tyle że Chyżwara, pielgrzymów i samego Endymiona będę pamiętał jeszcze długie lata, kiedy o bohaterach Procesu dawno już zapomnę. Faktycznie jednak możliwe, że trzeba będzie książkę przeczytać po raz drugi, by zrozumieć choć odrobinę więcej! Ode mnie

 

~Gamoń

 

Za możliwość przejścia przez Proces, ponownie dziękujemy wydawnictwu Novae Res!

Napisał Gamon