Allgar1Decydując czy przeczytamy daną książkę czy też nie, najczęściej kierujemy się dotychczasowym dorobkiem autora, sugestią znajomych, albo świetnymi recenzjami. Tym razem poszliśmy trochę na przekór tym zwyczajom i sięgnęliśmy po książkę, bo spodobała nam się okładka. Owszem, krok drugi polegał na zagłębieniu się w opis, który wywołał we mnie skojarzenia z Diuną Herberta, ale było to już tylko potwierdzenie powziętej decyzji. Wspólnie ze Zgagą postanowiliśmy zbadać planetę Argos i jej tajemnice.

Dobre złego początki

Historia opowiedziana w książce koncentruje się wokół pewnej szczególnej grupy ludzi, która potrafi panować nad tajemniczą siłą. Niczym rycerze Jedi, ludzie obdarzeni tym talentem mogą unosić i przesuwać przedmioty, leczyć, ale i siać zniszczenie. Przed wiekami uznawali się za tych lepszych, władali całą planetą i niewolili zwyczajnych ludzi. Zostali jednak obaleni i niemal doszczętnie wybici przez bractwo, które odkryło jak ograniczać ich umiejętności. W książce Warchlewskiego trafiamy w dokładnie odwrotny wir wydarzeń. Całkowicie spacyfikowani i prześladowani spadkobiercy rodów obdarzonych szczególnymi zdolnościami, nagle odkrywają jak przełamać ograniczenia narzucone przez bractwo i odzyskać dawne możliwości. Cała konspiracja byłaby może skuteczna, tym bardziej, że na całej planecie trwa gorączkowe przygotowanie do skutków uderzenia wielkiej asteroidy, gdyby nie fakt, że w całość wydarzeń wtrąca się główna bohaterka. Wprowadza w życie swoją własną koncepcję, niekoniecznie zgodną z planami spiskowców oraz rządu.

Allgar1

Mocarze i hamulce

Powieść zaczyna się nieźle. Po dość intrygującym prologu i wprowadzających rozdziałach, razi w zasadzie tylko jeden fakt. Wspomniani wcześniej szczególni mieszkańcy Argos, nazywani są MOCARZAMI. Nawet przy pięćdziesiątym przeczytaniu tego słowa, nie przestało mnie ono bawić, a mój wzrok nadal szukał na suficie wytłumaczenia – dlaczego? Rycerz Jedi, choć brzmi dość patetycznie, to jako nazwa tak naprawdę nie przeszkadza, natomiast określenie „mocarze”, przeszkadzało mi bardzo. Szkoda, że nie nazwano ich w jakikolwiek inny sposób. Nie pomagał również fakt, że bractwo stanowiące opozycję „władców mocy”, potocznie nazywano „hamulcowymi”. Po tym jak udało mi się już zaakceptować konwencję związaną z nazewnictwem, wciągnąłem się w opowieść na poważnie. Pojawiają się główni bohaterowie, akcja powoli się zawiązuje, wpadamy na trop tytułowego rodu Allgar. Dochodzi do wybuchu buntu mocarzy i w tym momencie książka przechodzi w kolejną fazę. Moim zdaniem, zdecydowanie mniej udaną. Jeden z głównych bohaterów znika. Nie umiera, nic mu się nie dzieje, po prostu przestaje być potrzebny. Pojawia się na nowo jedynie w finałowej scenie, w jednym zdaniu. Przez resztę stron zastanawiałem się, po co w ogóle się w książce znalazł. Mój żal związany jest z tym, że to właśnie ta postać najbardziej uwiarygodniała całą historię. Główna bohaterka jest bez skazy i poza jednym nieznacznym potknięciem, przez cały czas brnie do przodu drogą usłaną różami. Jest wszechpotężna, wszechwładna i wie o wszystkim i wszystkich na całej planecie. NUDY. Za Ianem z kolei stała trochę mniej szczęśliwa historia, a i on sam nie był kryształowy. Ten drugi wspomniany przeze mnie etap w książce, czyli okres po wybuchu buntu, był po prostu nieciekawy. Autor jedynie komunikował nam bieżące wydarzenia na całej planecie, polegające na obaleniu siedzib bractwa i odbudowie pozycji mocarzy. Bunt na skalę planety odbył się bez żadnych strat po stronie liczących kilkadziesiąt osób rebeliantów i trwał tylko kilka dni. Serio?

Print

Krew rodu Allgar zupełnie nie krwawa

Powieść poza niedociągnięciami dotyczącymi fabuły, ma również inne drobne wady. Przyznam się, że chyba jeszcze nigdy nie miałem tak irytującego problemu z identyfikowaniem narratora danego fragmentu. W książce pojawia się ich wielu i często po stosownym rozgraniczeniu tekstu, następuje zmiana punktu widzenia. Problem polega na tym, że po takiej zmianie zdarzało mi się odkryć z kim teraz mam do czynienia, dopiero po przeczytaniu nawet kilku stron. Najczęściej odkrywałem to dopiero wtedy, kiedy pojawił się czasownik wskazujący na zmianę płci narratora. Inną sprawą jest, że przez niemal cały czas miałem wrażenie, że realia w których się poruszamy nie są do końca spójne. Autor bardzo u mnie zapunktował, tworząc alternatywne nazewnictwo, na jak się domyślam herbatę(ejblę) czy psa. Natomiast zupełnie nie mogłem się odnaleźć w świecie, który chociaż miał zupełnie inną geografię i historię spowodowaną istnieniem mocarzy, to właściwie znajdował się na współczesnym nam etapie rozwoju. Bomby atomowe, nowoczesne media, pociągi i telewizja, nie współgrały mi z latającymi dywanami, bractwem i nieograniczonymi możliwości mocy. Coś mi się po prostu nie kleiło. Zdaję sobie sprawę, że aby zbudować i wytłumaczyć świat, który by mnie usatysfakcjonował potrzeba by nie czterystu, a ośmiuset stron, ale autor chyba nie miał żadnych ograniczeń, prawda?

IMGP5079

Niezniszczalni

Wiem, że strasznie się czepiam, ale robię to nie bez powodu. Patrząc na Krew rodu Allgar z dystansu, czuję spory potencjał. Założenia i koncepcja bardzo mi się spodobały, tylko z realizacją było już trochę gorzej. Największą wadą i jednocześnie zaletą jest sama „moc” i brak opisu warunków korzystania z niej, albo chociaż jej ograniczeń. Najbardziej przeszkadzał fakt, że słabo wyszkoleni i nieliczni mocarze, gromili bez strat własnych całe armie. Fajnie, że moc jest tak mocna i niezwyciężona, że zamienia bomby atomowe w pył bez eksplozji, ale wszystko powinno mieć swoje granice. I jeszcze tylko jedna rzecz. Nie mam i nigdy nie miałem nic przeciwko mocnym słowom w książkach, jeśli pasują do sytuacji. Tutaj z kolei mamy wplecione, wydaję mi się niepotrzebnie, dosłownie kilka bluzg. Zgadza się, sytuacja była poważna, ale motyla noga lepiej by się wpisała w konwencję. Nie zmienia to faktu, że okładka jest ekstra, estetyczna przyciągająca wzrok i wyróżniająca pozycję spośród innych.

Ode mnie 4gbo gdzieś tu kryje się niewykorzystany potencjał, tylko schował się pod osłona MOCY. Zgaga jest specjalistką od oceny książek po okładce, moje pierwsze takie doświadczenie zakończyło się jak widać nie najlepiej i następnym razem będę lepiej odrabiał prace domowe 😀

~Gamoń

Niezwykle delikatne ręczniki

Główna bohaterka, jest naprawdę wyjątkową postacią. Jest niepokonaną mistrzynią sztuk walki, jej moc osiągnęła maksymalny możliwy poziom czyniąc ją niemal niezniszczalną, jest strategiem o niesamowitych umiejętnościach. Dodatkowo może się pochwalić zwalającą z nóg urodą i ponadprzeciętną inteligencją. A ręczniki, którymi wyciera ręce w łazience są niezwykle delikatne. Ot co! Początek książki, jak słusznie Gamoń zauważył był dość nudny, dodatkowo bardzo zmęczyło mnie wprowadzane na siłę wymyślone przez autora słownictwo i nazewnictwo. Dziwne imiona, dziwne miejscowości i kraje, inne nazwy na psy i herbatę. Dla mnie nie było to walorem książki, a jej wadą, bo było robione na siłę. Środek książki faktycznie mnie wciągnął, fabuła stała się interesująca, zaczęłam zżywać się z postaciami, kiedy nagle wybuchła rewolta mocarzy i wszystko szlag trafił! Książkę ostatecznie zabił okrzyk bojowy królowej Margot, skierowany do szykujących się do walki mocarzy – „Niech moc będzie z Wami!” Dlaczego autor zdecydował się zrobić coś takiego? Trudno stwierdzić. Bez trudu jednak przyznam, że ciężko znaleźć książkę, która potencjalnie mogłaby być świetna, z tak kiepskim wykonaniem. Oceniam na Print

~Zgaga

Ponownie dziękujemy wydawnictwu Novae Res, nie zawsze można trafić na takie perełki jak Fanaberia czy Podziemne Miasto!!

Napisał Gamon