PrintTak dobrze się zapowiadało i co z tego wyszło? Aż pięć nominacji do oscarów, złoty glob i szereg innych nagród, na które ten film ma szanse sobie zasłużyć spowodowało, że nie sposób było o nim nie usłyszeć. Jednak to nie złoto i kryształ wzbudziły moje zainteresowanie, a sama historia. Standardowa opowieść o miłości, między bardzo niestandardowymi postaciami, ale o tym za chwilę. Nie da się ukryć, że przed obejrzeniem filmu główną gwiazdą był Spike Jonze. Reżyser, który mnie kojarzy się przede wszystkim z Być jak John Malkowich. Powoli przyzwyczaja nas do pisania i kręcenia nieszablonowych historii. Oczywiście atutem był również głos użyczony głównej żeńskiej bohaterce przez Scarlett Johanson, która nie tylko wygląda, ale również brzmi. I to ta właśnie para ma realną szansę na Oscara, za scenariusz i za piosenkę.

Film swoją konwencją przenosi nas w niedaleką przyszłość. To jak daleką każdy musi zdecydować sam, ale osobiście uważam, że to kwestia dosłownie kilku lat. Futurystyczny świat, w którym wirtualna rzeczywistość i znajdujące się tam byty są zrównane ze światem realnym. Urządzenie, które ma w zasadzie każdy, z którym się nie rozstajemy, a które spełnia rolę telefonu, odtwarzacza video, obsługuje maile, pozwala na wirtualną rozrywkę, czy to w formie gry czy dostępu do „czatu”. Brzmi jak smartfon, tylko ten filmowy był całkowicie sterowany głosem bohatera choć i takie rozwiązania już teraz w ograniczonej formie istnieją. Ludzie zatracający się w tym skomputeryzowanym świecie, coraz mniej zdolni są do prawdziwych uczuć. Idą na łatwiznę gdzie tylko się da, chociażby zamawiając pisanie romantycznych listów w specjalnie do tego powołanej firmie. Jedyne czego w zasadzie nie mamy współcześnie, to szerokiego dostępu do zaawansowanych sztucznych inteligencji. Ale to bardziej kwestia „kiedy?” niż „czy w ogóle?” Twój Windows, MacOs czy Linux zacznie prowadzić z Tobą swobodną pogawędkę o kompozycji muzycznej, którą stworzył przed minutą, albo zaproponuje Ci poranną kawę i seks. Ale tyle o aspekcie społecznym i kulturowym, który nasuwa się po obejrzeniu filmu, a który tak mnie do niego przyciągnął, wróćmy do rozważań nad samą treścią i obrazem.

 HER

Zaczynamy od poznania głównego bohatera Theodore’a Twombly’ego, który właściwie nie opuści naszego pola widzenia przez kolejne dwie godziny. Czasem dołączy do niego, któraś z kobiet – Olivia Wilde, Rooney Mara czy Amy Adams, ale ich łączny czas ekranowy nie przekracza chyba 15 minut. Theodor, grany przez Joaquin’a Phoenix’a, przechodzi trudny okres w swoim życiu osobistym. Traf chciał, że akurat został wydany nowy system operacyjny, reklamowany jako inteligentny i dostosowujący się do użytkownika. Wcale bym się nie obraził gdyby mój OS dostosowując się do mnie postanowił zostać Scarlett Johanson. Program, który kupiłeś ma zawsze dla Ciebie czas, zawsze poświęca Ci uwagę, reaguje na polecenia, słucha i rozumie. Nie wgłębiając się bardziej w szczegóły fabuły, łatwo sobie resztę dopowiedzieć. W ten właśnie sposób rozwija się klasyczna historia miłosna, a właściwie opowieść o samotności człowieka żyjącego w wielkim mieście, który wybiera łatwiejszą drogę do realizacji swoich uczuć.

Spike Jonze przekazuje nam swoją opowieść bez żadnych dodatków moralizatorskich czy poglądów etycznych, pozwalając widzowi samemu ocenić wartość takiego wirtualnego związku. Jednocześnie razem ze stojącym za kamerą Hoyte Van Hoytem – którego to imienia i nazwiska wymówić nie potrafię, a wszelkie próby niezmiernie mnie bawią, dokonał rzeczy niebywale trudnej. Przekonał widza, że do stworzenia przekonywującego filmu o miłości wystarczy jeden aktor. Nie są niezbędne sceny gorącego seksu, namiętnych pocałunków, obejmowania się i fizycznej bliskości, choć i tych w filmie nie brakuje. Wystarczy umiejętnie prowadzone ujęcia, okraszone odpowiadającymi im dialogami.

Nie byłbym rzecz jasna sobą gdybym czegoś nie skrytykował, a jest co. Bo ten tak dobrze zapowiadający się film, został zepsuty zakończeniem. Finał wręcz woła o pomstę do nieba. Nie oczekiwałem Happy End’u. Lubię filmy, które kończą się w sposób zapadający w pamięć, a pozytywne zakończenia rzadko wywołują ten efekt. Im bardziej taka końcówka zmusza do myślenia, albo porusza ważkie tematy tym lepiej. Tutaj mieliśmy jednak do czynienia z tak nijakim, bezsensownym i nie pasującym podsumowaniem, że głowa mała. Jestem mocno rozczarowany tym, że tak umiejętnie poprowadzona fabuła, wyprowadza widza na szczere pole z napisem THE END, bo tak i już.

 her3

Wart obejrzenia, nie tylko ze względu na poruszenie tematu godnego przemyślenia. Problemu, któremu nasze społeczeństwo stawić będzie musiało czoła, o ile już tego nie robi. Ale również ze względu na bardzo dobrą historie, świetnie opowiedzianą, tylko do cholery, czemu nie można było zakończyć tego inaczej???

6/10 Bo koniec. ~Gamoń

 HER

Wyjątkowo zgadzam się z moim przedmówcą w 100%. Bardzo ciekawa historia, dobrze opowiedziana, skłaniająca do refleksji i jednocześnie smutna. Smutna, ponieważ dobitnie pokazuje to co już się dzieje na świecie, a co na pewno będzie się w dalszym ciągu potęgować – ludzką samotność ,w coraz bardziej zwirtualizowanej rzeczywistości. Bardzo poruszyła mnie piosenka skomponowana przez komputerową Samanthę, dla głównego bohatera, opowiadająca o ich uczuciach. Zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie w przyszłości powstaną tak doskonałe systemy sztucznej inteligencji, że będą w stanie zrozumieć i współodczuwać emocje właściwe, zgodnie z powszechną wiedzą, jedynie ludziom? Jak można by było rozpoznać czy komputer nas oszukuje mówiąc o miłości, ponieważ tylko zna znaczenie tego pojęcia i umiejętnie się nim posługuje, czy mówi prawdę? Czym tak naprawdę są uczucia? Burzą elektryczną w mózgu, wspartą wydzielaniem odpowiednich hormonów, czy czymś więcej? Każdy musi odpowiedzieć sobie na te pytania sam, nie mam na nie gotowych, uniwersalnych odpowiedzi. Co do zakończenia, to faktycznie, dziwniejsze i bardziej pozbawione sensu być nie mogło.

7/10, bo jednak mimo grand finale, był to wartościowy film.

~Zgaga

Napisał Gamon