PrintPo ogłoszeniu tegorocznych nominacji do Oscarów nie miałem żadnych złudzeń, co do tego, między którymi filmami będzie toczyła się bezpośrednia walka o miejsce na podium. Oczywiście, zaraz popędziliśmy razem ze Zgagą do kina, niby tak trochę mimochodem, ale jednak aby nadrobić Wilka z Wall Street. W kolejce czeka też American Hustle i Zniewolony, które mimo intensywnych kampanii reklamowych (plakaty na co drugim przystanku, wielkie zwisające banery w Złotych Tarasach), lansowania aktorów i opiewania ilości nominacji, postanowiliśmy odłożyć na później. Zdecydowaliśmy się obejrzeć najpierw kilka pozycji, które choć szanse na pięknie błyszczącego pana bez twarzy mają raczej iluzoryczne, mogą okazać się wartościowe z innych względów. Od pewnego czasu byliśmy również zmęczeni filmami, które pod koniec roku pojawiały się w tysiącach zestawień „najlepsze 2013”, a które oglądaliśmy kierując się zasadą – skoro film znalazł się w pięciu różnych pulach, w pierwszej dziesiątce, a my go jeszcze nie widzieliśmy to może jednak warto sprawdzić o co tam w ogóle chodzi – tak więc po zmęczeniu Blue is the Warmest Color, Iron Man 3 i Spring Breakers potrzebowaliśmy czegoś stonowanego, lekkiego, nie epatującego nagością, choć to ponoć zawsze w cenie, i eksplozjami. Trudne do zrobienia? Owszem, ale najlepsza dieta to ponoć ta zróżnicowana. Na pierwszy ogień poszedł: Sierpień w Hrabstwie Osage.

osage2

Wybór okazał się jak najbardziej trafny, film z prędkością rozpędzonego ślimaka, bez wielkich fajerwerków opowiada nam dość mocno pokręconą historię rodzinną. Jedyne nominacje do statuetek trafiły do pań za żeńskie role, spodziewaliśmy się zatem bardzo „aktorskiego” filmu. Żadnych czołgów, wybuchów, może trochę cycków? Jak się okazało moje podejrzenia były słuszne o tyle, że scenariusz oparty był na sztuce teatralnej, a koncepcja opiera się mocno na zebraniu w jednym miejscu dużej ilości aktorów z nazwiskami (Meryl Streep, Julia Roberts, Ewan McGregor, Benedict Cumberbatch, Julianne Nicholson) i obserwowaniu, co się wydarzy. Wszystko zaczyna się w momencie kiedy pan domu znika, pozostawiając chorą na raka żonę, jedynie pod opieką pokojówki o indiańskich korzeniach. Z odsieczą przybywa jej siostra oraz 3 córki – każda z potężnym bagażem w postaci partnerów, dzieci, wspomnień i nagromadzonych emocji. Łatwo sobie wyobrazić jak szybko zacznie wrzeć w tym kotle. Akcja rzadko opuszcza przytulne granice podwórka posiadłości Westonów, a już na pewno nie robi tego po to by wnieść coś szczególnego do filmu, poza malowniczymi krajobrazami. Sama produkcja jest rzeczywiście bardzo mocna pod względem gry aktorów, kilkukrotnie łamiących swoje wizerunki do których nas przyzwyczaili, ale niestety na tym absolutnie koniec. Nigdy nie byłem wielkim fanem Meryl Streep i pomnika jej budować nie zamierzam, ale trzeba jej oddać, że człowiek czasem się zastanawia czy to ona gra w filmach, czy może jednak ta zależność nie jest w jakiś sposób odwrócona. Julia Roberts łamie stereotyp Pretty Women, i dziewczyny Ocean’a wcielając się w poważną, dojrzałą, choć trochę niestabilną po mamusi, najstarszą córkę. Tradycyjny uśmiech zastąpiony jest grymasem złości i siwym włosem, bardzo dobra metamorfoza. Ze względu na to, że byliśmy zaraz po skończeniu trzeciego sezonu Sherlocka, najbardziej raziła nas rola Benedict’a Cumberbatch’a grającego nieudacznika. Pół filmu czekałem aż skądś wyskoczy Watson, a londyński detektyw ściągnie maskę przygłupa, założy swoją charakterystyczną czapkę i grając we właściwy sobie sposób na emocjach, wytłumaczy całą zawiłość intrygi. Ewidentnym rozczarowaniem był Ewan McGregor, którego równie dobrze mogłoby w tym filmie w ogóle nie być.. Z pozostałych postaci warto wspomnieć o Margo Martindale, Juliette Lewis i Chris’ie Cooper’ze, którzy to mocno zaznaczyli swoją obecność i nie do końca oddali pole dwóm „władczyniom” planu. Aktorzy, aktorzy i jeszcze raz aktorzy, w zasadzie nie ma tu niczego innego co dałoby się w jakikolwiek sposób ugryźć i opisać.

Podsumowując: Film jest TYLKO i wyłącznie niezły. Nie będę na nim wieszać psów, bo jednak trochę się wyróżnił, oglądało się go znośnie, spełnił pokładane w nim wcześniejsze oczekiwania, a scena „stołowa” zostanie mi na trochę w pamięci, ale poza tym za pół roku zapomnę, że w ogóle go widziałem. Nie wybił się ponad przeciętność ani nie „poruszył” żadnej wewnętrznej struny, a szkoda. Trochę taki film do obejrzenia przy, choć lepiej po rodzinnym obiedzie, żeby stwierdzić, że chyba jednak nie jest z nami samymi aż tak źle. Kto widział i się ze mną zgadza ręka do góry, kto sądzi inaczej czekam na argumenty….

~Gamoń

osage3

Dla mnie Sierpień w hrabstwie Osage, chociaż nie jest to najlżejsza pozycja, był niezmiernie przyjemną odmianą w stosunku do przeładowanych seksem i wszelkimi dewiacjami Blue is the Warmest Color oraz Spring Breakers. Blue…, który obudził we mnie pewne nadzieje, zwłaszcza po tak pozytywnych recenzjach, okazał się paskudnym, lesbijskim filmem porno, z niesamowicie naturalistycznymi scenami w stylu Larsa von Triera. Spring Breakers z kolei zaserwował mi abstrakcyjną wizję upadku człowieczeństwa, w amerykańskim wydaniu. Wartości i konformizm reprezentowane przez główne bohaterki, były dla mnie nie do przyjęcia, sprawiły że nie byłam w stanie się z żadną z nich identyfikować. Ich zachowania, podobnie jak cała fabuła, były odrzucające i irracjonalne. Rozumiem, że można poimprezować, sama byłam w życiu na paru niezłych melanżach, ale zrobić z tego treść życia? Nonsens!

Sierpień w hrabstwie Osage nie rzucił mnie na kolana, nie mogę go zaliczyć do najlepszych filmów jakie widziałam, ale otrzymuje ode mnie zasłużone 7/10. Historia jest spójna, realistyczna, miejsce akcji piękne, chociaż ujednolicone, a kreacje aktorskie, zwłaszcza Meryl Streep, której to życzę Oskara, i Julii Roberts wręcz doskonałe. Film pokazuje jak skomplikowane może być życie rodzinne, jak destrukcyjny wpływ ma choroba, rozpacz   i lęk przed samotnością na osobowość człowieka oraz co może się stać, kiedy emocje przerwą tamę i wszelkie brudy wypłyną na wierzch.

~Zgaga

Napisał Gamon
  • Marek Świstak

    Fakt, „Sierpień…” też mnie nie powalił. Czegoś wybitnie brakowało w tym filmie, chociaż przyznam szczerze, nie wiem czego. Ale zgadzam się, samo aktorstwo nie wystarczy by zrealizować dobry film.
    Co do „Życia Adeli”, zgadzam się w stu procentach. Lesbijskie porno, kręcone okiem typowego, heteronormatywnego faceta. Z dodatkiem wybitnie nieciekawych i niesmacznych ujęć wpieprzania makaronu rękoma. Szczerze mówiąc, nic dobrego o tym filmie nie mogę powiedzieć. Scena seksu mogłaby spokojnie trafić na redtube, a i cała fabuła tak bardzo do przewidzenia. Szczególnie pojawienie się mężczyzny jako przyczyna rozpadu związku.

    Piszcie dalej, czytam 😉

    • Zgaga

      Prawda? Bo lesbijka jest lesbijką, dopóki nie spotka odpowiedniego faceta ;p Trafna uwaga z tym makaronem 🙂

  • Mucha

    Zgodzę się z Gamoniem jeśli chodzi o przeładowanie filmu aktorstwem, ale taka już pułapka czyha na tych, którzy ekranizują sztuki teatralne (choć da się to zrobić lepiej, na co najlepszym przykładem jest „Wenus w futrze” czy nawet „Rzeź”). Meryl kiedyś subtelniejsza, obecnie mocno przegina, i uważam rolę Julii Roberts za o niebo lepszą! Jednak „Sierpień…” to jedno. Nie mogę uwierzyć, że tak zjechaliście moje ukochane „Spring Breakers” i „Życie Adeli”! Ten pierwszy film to dla mnie jedna z najlepszych pozycji roku 2012! Aż mam ochotę wysłać Wam swój tekst na ten temat! 🙂 Pozdrawiam Was serdecznie, czytać będę, macie to jak w banku 😉

    • Gamonia

      A wyślij, a nóż odkryjesz przed nami jakieś drugie dno tego filmu.