whiplash3Zasiedzieliśmy się ostatnio ze Zgagą w domu. Zimowe wieczory wygodniej spędza nam się grzejąc przy gorącym piecu, niż marznąc na chłodnym dworze. Żeby odrobinę przełamać tę zimową stagnację postanowiliśmy, po pracy i zajęciach językowych, wybrać się „do kina”. Wybór odpowiedniego filmu nie był łatwy. Stwierdziliśmy, że nie pójdziemy przecież na Noc w Muzeum 3. Szkoda czasu. Padło na mocno chwalony Whiplash. Mieliśmy iść do „kina”, a ostatecznie poszliśmy na „film”. I to jaki! Rzadko wizyta w kinie wywołuje aż taki zachwyt. Rzadko też rozmowa „po”, klei się dłużej niż przez dziesięć-piętnaście minut. Tym razem dyskusja zajęła nam całą drogę powrotną. Bo było o czym dyskutować.

Greatness at any cost

Miał być dobry film, okazał się fantastyczny. Historia sama w sobie nie wydaje się niczym szczególnym. Główny bohater wie, że bycie najlepszym wymaga poświęceń. Uczęszcza do najlepszej szkoły muzycznej, gdzie rozwija swoje umiejętności. To dla niego jednak za mało, chce dostać się do orkiestry prowadzonej przez najbardziej kontrowersyjnego nauczyciela. Ten znany jest z trudnego charakteru i faktu nie przebierania w środkach wychowawczych. Jego własnym marzeniem jest wychować następnego wielkiego muzyka, nieważne ile marzeń młodych artystów musiałby przy tej okazji zdeptać. Relacja między nimi iskrzy od samego początku, do samego końca. Tarcia doprowadzają w końcu do zapłonu. Efekty oglądać możemy na ekranie. Czytając opis filmu miałem wręcz wrażenie, że historia młodego perkusisty, dążącego do perfekcji i jego relacja z mentorem, jest strasznie mało filmowym tematem. Podejrzewałem, że może być trochę jak z Boyhood, po którego obejrzeniu byłem bardziej zmęczony, niż zadowolony. Niesłusznie, historia w Whiplash i sposób jej zaprezentowania jest tak dobry, pełen emocji i wciągający, że niemal zapomniałem gdzie i w czyim towarzystwie jestem.

Whiplash2

Trzecim aktorem tego spektaklu jest Jazz

Fanem tego gatunku muzycznego nie jestem, ale nie mam nic przeciwko niemu. Nie będzie to jednak coś, po co sięgnę w pierwszej, czy nawet siedemnastej kolejności układając sobie setlistę. Dlaczego? Bo jazz mnie nie porywa. Zazwyczaj. Bo w Whiplash było wręcz przeciwnie. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie, nie tylko świetnie opowiedzianą fabułą, ale i właśnie muzyką. To trzeba obejrzeć na dużym ekranie, i to takim z dobrym kinowym nagłośnieniem. Cieszę się, że zdecydowaliśmy się pójść do kina. W domowym zaciszu, choćbyśmy nie wiem jak dobrym zestawem głośników dysponowali to i tak wrażenia byłyby niewspółmiernie słabsze. Te same wykonania słuchane w domu, już nie robią takiego wrażenia, jak wspólnie z filmowym przekazem. I choć nadal wywołują pozytywne skojarzenia, to nie mają już tej mocy. Pisząc ten tekst właśnie słucham OST, po raz enty. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze przesiądę się na jazz na dłużej.

Whiplash-6613.cr2

Whiplash to prawie debiut

Zdecydowanie zamierzam przyglądać się kolejnym filmom Damiena Chazella, bo ten to majstersztyk. Reżyser dopiero zaczyna swoją karierę, ale robi to w znakomitym stylu. Mam tylko nadzieję, że nie poprzestanie na tym i jeszcze o nim usłyszymy i to w superlatywach. Na ekranie z kolei, mamy w zasadzie tylko dwie postaci. Miles Teller, czyli Andrew Neyman i J.K. Simmons jako Fletcher. Obaj zaliczyli rolę życia, oby nie ostatnią. Twarze obydwu panów wydawały mi się znajome, ale nie potrafiłem przywołać żadnej ich dotychczasowej filmowej kreacji. Chciałoby się powiedzieć „Good Job”, ale nawiązując do przekazu płynącego z tej produkcji, byłoby to krzywdzące. Dzięki Whiplash, z pewnością zainteresuję się nimi bardziej. Film trwa 105 minut. Zupełnie tego nie poczułem, wciąga, połyka i wypluwa dopiero po napisach. Gdyby nie zegarek w telefonie, nie wiedziałbym że w kinie spędziłem aż tyle czasu. Swoją drogą sto pięć minut, to właśnie taka moja wartość graniczna. Dłuższe filmy, choćby nie wiem jak dobre były i tak mnie zmęczą.

Whiplash1

Co na to profesjonaliści?

Ciekaw jestem tylko co o filmie sądzą sami perkusiści? Jako laik, większość aspektów technicznych gry przyjmowałem na słowo reżysera. Tak samo jak zresztą w Bogach, wszelkie kwestie medyczne uznawałem za prawdziwe. Jak to z tą muzyką? Szczególnie interesuje mnie scena, w której Fletcher nakazuje do znudzenia grać trzem perkusistom w „jego tempie”. Dla mnie te wykonania niczym się nie różniły, ale niestety słuch muzyczny nie należy do moich najlepiej rozwiniętych zdolności. Albo czy rzeczywiście da się dłonie zmienić w krwawą miazgę przy pomocy perkusji? Wiem do jakiego stanu gitara może doprowadzić palce, bo trochę gram, ale chyba efekt pokazany w filmie był odrobinę na wyrost.

Ode mnie

Kamasutra jakości Gamonia 10

Ty Zgago widziałem, że mimo późnej pory też nie spałaś w trakcie projekcji ?

~Gamoń

whiplash3

 

Chciałam się wybrać „do kina”, a obejrzałam film

Kiedy wybierałam się z Tobą na Whiplash, miałam zgoła inne plany niż gapienie się na szklany ekran. Na sali mieliśmy być niemal sami, chciałam więc z tego skorzystać, najbardziej jak się da. Lub dopóki nas ochrona nie wyprowadzi. Nie nastawiałam się optymistycznie do tego filmu i nie rozumiałam dlaczego Internety tak wysoko go cenią. Bo co może być ciekawego w tym, że jakiś gość gra jazz na perkusji? Przecież ja nawet nie lubię jazzu! Także ten… Wróćmy jednak do tematu. Mojego zamysłu nie udało mi się zrealizować, ale nie użyję tutaj sformułowania niestety. Whiplash w niespodziewany sposób zagarnął moją uwagę i to zupełnie! Pod koniec zapomniałam nawet, że siedzisz koło mnie, tylko wraz z głównym bohaterem wystukiwałam rytm Caravanu. Czułam jakbym przeniosła się w inne miejsce, w inny czas. Do ludzi, którzy czują muzykę swoją duszą i ciałem. Tam gdzie stanowi ona centrum wszechświata. Nigdy nie widziałam tego typu filmu, ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczę. A jak nic nowego nie powstanie, to zawsze mogę obejrzeć Whiplash ponownie. I będzie to dobrze zainwestowany czas. Dla mnie 

Kamasutra jakości Gamonia 10

 

~Zgaga

Napisał Gamon