Kasiowe: Muzyka

Scorpionsi to zespół, który kreował mój gust muzyczny od najmłodszych lat. Najpierw z przyjemnością słuchałam piosenek puszczanych przez rodziców. Potem, zaanektowałam płyty tej niemieckiej grupy i spędziłam wiele dni przy dźwiękach Wind of change, Yellow Raven czy Born to touch your feelings. Gamoń wiedział o tym, dlatego postanowił zrobić mi na gwiazdkę wyjątkowy prezent! Podarował mi bilety na jubileuszowy koncert Scorpionsów, związany z 50-leciem zespołu. Szczęśliwa, ale i pełna niepokoju, stawiłam się 9 maja w Atlas Arenie.

We built this house on a rock!

W okolicy Łodzi Kaliskiej znalazłam się dość wcześnie, bo pociąg którym jechałam z Warszawy (akurat miałam zjazd na uczelni), wtoczył się na stację chwilę po 19. Do koncertu zostało prawie półtorej godziny, więc pomyślałam że na spokojnie zdążę znaleźć się z Gamoniem, który jechał samochodem i dotrzeć na miejsce. Czas mijał, Gamonia ani widu, ani słychu, zamiast niego zaczęłam dostrzegać tłumy ludzi w koszulkach z drapieżnym pajęczakiem, zmierzających w wiadomym kierunku. Na szczęście, wreszcie udało mi się odnaleźć mojego darczyńcę i koło 19:30 dotarliśmy do Atlas Areny. O dziwo, tym razem wyjątkowo wszystko poszło sprawnie i wejście do środka zajęło nam raptem kilka minut.

Także ten tego… Live to serve.

Doszłam do wniosku, że nasze wieloletnie doświadczenie w roli wolontariuszy i organizatorów festiwali, ma wpływ na to jak odbierają nas inni ludzie. Kiedy przed wejściem na płytę staliśmy sobie z Rafałem oparci o barierki powyżej i rozmawialiśmy, podszedł do nas jakiś facet i zagaił:

Facet: „Skończcie na chwilę flirtować i powiedzcie mi gdzie mam znaleźć moje miejsce” powiedział, pokazując nam bilet.

Ja:„Proszę poprosić o pomoc kogoś z obsługi” – odparłam

Facet: „To skąd wy jesteście?”- zapytał z irytacją

Ja: „ Z Łodzi? Przyszliśmy na koncert?”

Facet: „ A to przepraszam, ośrodek xxx z Koszalina pozdrawia!”

Ja: „To mozemy już wrócić do flirtowania?”

Facet: „Niech pomyślę… Tak!” – powiedział speszony i odszedł szukać informacji.

Ciekawi mnie tylko, jak wpadł na pomysł, że jesteśmy członkami obsługi imprezy? Byliśmy ubrani normalnie, nie mieliśmy żadnych identyfikatorów, odblaskowych kamizelek ani innych emblematów. Może po prostu roztaczamy wokół nas aurę wolontariatu?

WP_20150509_006

Dinozaury Rocka

Koncert był bardzo, bardzo dobry. Znacznie lepszy od pożegnalnego występu Budki Suflera, trochę mu jednak pod względem dynamiki brakowało do Aerosmith. Wejście zespołu na scenę zapowiedziało wycie syren alarmowych. Potem zaczął rozbrzmiewać wokół nas stary, dobry rock. Zdecydowanie więcej zagrano ostrych kawałków, takich jak Rock&Roll Band i Rock You Like a Hurricane, niż moich ulubionych ballad. Doczekałam się jednak I still loving you, Send me an angel, więc narzekać nie mogę. Publiczność oszalała kiedy zespół zagrał najpopularniejszy chyba w Polsce kawałek, czyli Wind of change. Nie przepadam jakoś specjalnie za tą piosenką, ale wywarło na mnie ogromne wrażenie, kiedy prawie 12 tysięcy osób śpiewało ją jednocześnie. Wiek słuchaczy był skrajnie zróżnicowany – od kilkuletnich dzieci, młodzieży, osób dojrzałych, do osoby w naprawdę podeszłym wieku, wszyscy jednak bawili się świetnie, a sala była wypełniona po brzegi. Niesamowicie było zobaczyć w tak dobrej kondycji zespół, który tak naprawdę stworzył europejski rock! Wokalista bez problemu radził sobie nawet z bardziej wymagającymi utworami. Mogłam się z nim utożsamiać, bo kiedy nie miał gitary w ręku, to przygrywał sobie na wirtualnej, podobnie jak ja to często robię! Gitarzyści biegali po scenie wyginając się w rytm muzyki i kręcąc młynki ramionami. Skłoniło mnie to do refleksji, że przecież to oni wykreowali ten ruch i teraz, choć właściwie nikt już go nie używa, oni pozostali mu wierni! Perkusja została zamontowana na specjalnym stelażu, wysoko nad sceną, tak że była doskonale widoczna. Perkusista dawał z siebie wszystko, wydobywając z podświetlonych kolorowymi lampami bębnów morze basowych odgłosów. Zagrał nawet epicką solówkę, którą zwieńczył pokazaniem nam napisu z tyłu koszulki o treści „Rock and roll forever”. Tłum oszalał kiedy zdjął ją, pokazując światu ten sam napis, tylko wytatuowany na skórze! Tak naprawdę jedynym mankamentem występu były wizualizacje, które pojawiały się na ekranach za artystami. Były proste, niezbyt ładne i bardzo retro, zupełnie jakby ich twórca zatrzymał się na zawsze w latach 80′. Miało to jednak swój przaśny urok.

WP_20150509_002

Nie ma to jak mieć farta!

Standardowo, jak na niemal wszystkich koncertach, na płycie towarzyszyły nam dziwne osobistości. Na początku stanęła przed nami namiętna para w wieku 40+. Facet, solidnie już rozgrzany alkoholem i atmosferą, tańczył przed swoją partnerką niczym albatros w czasie godów. Robił to jednak na tyle ekspansywnie, że co chwila wszyscy wkoło musieli uciekać przed uderzeniami jego skrzydeł i entuzjastycznymi ruchami nóg. Nareszcie, opętana podnieceniem para, oddaliła się w bliżej nieokreślonym kierunku, zapewne do toalety uprawiać seks. Już nie wrócili, ale ich miejsce zajął równie zamaszysty chłopak, z gigantycznym plecakiem, który ciągle spadał mu z pleców. Raz prawie macał ludzi z przodu, potem obcierał się o ludzi z tyłu, żeby za chwilę podotykać tych z boku. Zachowywał się jak prawdziwa gwiazda rocka, tylko chyba jego tolerancja na używki była mniejsza, bo po jakimś czasie również się oddalił. Ostatnimi towarzyszkami muzycznej podróży, były kobiety dobrze pod 60-tkę, za to wystylizowane na nastolatki. I tutaj znowu, spuszczone ze smyczy, przegięły z alkoholem. Albo po prostu koordynacja ruchowa już nie ta, bo jedna z tych Pań, zajęta wykonywaniem seksownych choreografii, którymi kusiła znajdujących się na scenie muzyków, a to wkładała mi włosy do ust, a to pociągała z bara, ewentualnie deptała mi po palcach. Skumbrie w tomacie pstrąg. Zastanawiam się, czy po prostu na koncerty zawsze chodzi mnóstwo takich ludzi, czy po prostu to my działamy na nich jak magnes;p

WP_20150509_009

Gamoniu, jestem Ci niesamowicie wdzięczna za wspólną podróż do źródeł Rock&Rolla! Mimo zmęczenia po całym dniu zajęć bawiłam się fantastycznie! Cieszę się, że uczestniczyłam w tym koncercie, bo być może to ostatnia szansa żeby zobaczyć Scorpionsów na żywo. Koncert oceniam na 9! Może ocena nie jest zbyt obiektywna, bo byłam na wielu lepszych koncertach, ten jednak miał dla mnie ogromne znaczenie sentymentalne!

~Zgaga

Scorpions, a gdzie supporty?

Na koncertach wiadomo, najważniejsza jest muzyka i artyści, którzy ją tworzą. Do Atlas Areny przyszliśmy w zasadzie wyłącznie po to, by posłuchać dinozaurów. Mimo zaawansowanego wieku zagrali świetnie, chociaż liczyłem, że przy tak szerokim repertuarze skoncentrują się raczej na starociach. Nie to żebym miał coś przeciwko dwóm ostatnim płytom, tylko to nie na nich się wychowałem. Dlatego, zaraz po powrocie do domu, razem ze Zgagą nadrobiliśmy wszystkie brakujące elementy, sącząc drinki. Nie podobało mi się natomiast wszystko inne, co z koncertem związane. Zupełny brak supportu, a przez to potwornie krótki czas trwania koncertu. Mocno średnie, o czym napisała już Zgaga, wizualizacje i chaos po stronie obsługi. Scorpionsi grali niecałe dwie godziny, także zupełnie przyzwoicie, ale nic więcej Arena tego wieczoru nie oferowała, więc tak jak weszliśmy tuż przed, tak wyszliśmy tuż po. Co do otaczających nas w trakcie koncertu ludzi, to mojej Drogiej Przedmówczyni niedawno stuknęło 25 lat i chyba próg tolerancji się obniżył 😀 Pozdrowienia dla szatniarza!

~Gamoń

Napisał Gamon