Bardzo dawno temu, w bardzo starej Mogile, zakopany został skarb. Lata mijały. Kolejne pokolenia ludzi rodziły się i umierały. Mogiła zniknęła z powierzchni ziemi, w jej miejscu wyrosła Nowa Huta, ale tajemnicze skrzynie pozostały. Pamiętają o nich tylko nieliczni. Czytając Atlantydę pod Krakowem Anny Zając, wyruszyliśmy w podróż, w której przeszłość przenika się z teraźniejszością. Odwiedzone przez nas miejsca i poznani ludzie byli ciekawi, opowieść interesująca, ale również niebezpieczna. Jak to niebezpieczna, spytacie, przecież to tylko książka? Niestety, narażała nas na intensywny kontakt z czynnikami w powieści szkodliwymi – błędami językowymi, powtarzanymi frazesami i cukrem wystarczającym do stworzenia 5 Atomówek. Co jeszcze możemy znaleźć w Atlantydzie pod Krakowem​?

Kto, co i jak?

Głównym bohaterem powieści jest Daniel Cisowski, architekt, aktywnie zaangażowany w działania mające na celu emancypację Nowej Huty i utworzenie z niej autonomicznego miasta. Życie Daniela wydaje się być usłane różami. Ma kochającą żonę Darię, przyjaciela Pawła, na którym zawsze może polegać i zaufanego wspólnika Oskara, wraz z którym prowadzi popularne biuro projektowe. Niespodziewanie zostaje wplątany w tajemnicę skarbu, ukrytego w podziemiach dawnej Mogiły. Akcja powieści, w przeważającej części, toczy się w niedalekiej przyszłości. W wyniku przekrętów wspólnika, Daniel trafia do więzienia. I tutaj dopiero fabuła zaczyna się robić naprawdę ciekawa i wciągająca. Próbując uciec przed przytłaczającą, szarą i samotną rzeczywistością, mężczyzna zanurza się w świecie swoich wewnętrznych przeżyć. Przy użyciu autohipnozy regresyjnej, dociera do coraz bardziej odległych wspomnień, aż którejś nocy odkrywa, że nie po raz pierwszy gości na tym świecie. Na początku XX wieku, w swoim poprzednim wcieleniu, był Apolonią – dziewczyną zamieszkującą Mogiłę, na której obszarze wybudowano później Nową Hutę. W jaki sposób historia Apolonii wiąże się ze skarbem, ukrytym pod Krakowem? Czy prawdziwa miłość jest w stanie przetrwać nawet śmierć i odrodzić się na nowo? Czy Daniel oczyści swoje imię i rozwiąże zagadkę? Odpowiedź na te fascynujące pytania możecie znaleźć sami. Wystarczy przeczytać książkę.

 

atlantyda

 

Czy warto sięgnąć po Atlantydę pod Krakowem?

Cóż, książka ma swoje plusy. Bardzo mi się spodobał motyw dotyczący reinkarnacji, szczerze powiedziawszy, spotkałam się z nim w literaturze po raz pierwszy. Chociaż staram się być zazwyczaj sceptyczna, bez większych problemów uwierzyłam w to, że Daniel był kiedyś kobietą. Fragmenty dotyczące Apolonii są naprawdę intrygujące. Pokazują rozterki Daniela, dotyczące akceptacji siebie, jako osoby innej płci, ale i uniwersalizm pewnych uczuć i emocji. Nasz bohater bez zastrzeżeń przyjął fakt, że Apolonia jest związana z mężczyzną, którego kocha i w żaden sposób nie spowodowało to w nim zaburzeń, w odbiorze własnej orientacji seksualnej. Muszę również wspomnieć o tym, że Anna Zając w bardzo realistyczny i ciekawy sposób, przedstawiła codzienność ludzi żyjących ponad 100 lat temu. Naprawdę czułam się jakbym była z nimi w tamtym czasie. Ostatnią zaletą powieści jest to, że mimo prawie 340 stron, bardzo szybko się ją czyta i naprawdę trudno się nią znudzić.

 

Rynek_Glowny_w_Krakowie

Dlaczego nie wierzyć mam?

Było miło, ale skupmy się teraz na wadach, których jest sporo. Pierwszą i jak dla mnie kluczową, jest mnogość błędów stylistycznych, interpunkcyjnych, a nawet rzeczowych! Korekta, wykonana przez koleżankę Autorki, okazała się na tyle niedbała, że niemal niemożliwe jest znalezienie strony wolnej od mankamentów. Jest to bardzo irytujące i znacząco pogarsza odbiór powieści.

Przykład 1, strona 10, Daniel kopie w ziemi szukając skarbu:
„Ręce mu zgrabiały, a uczucie niepewności co chwilę przyprawia go o ścisk w żołądku.”[…]
„Nie cierpi tego uczucia porażki. Przepełnia go uczucie pustki, a brak planu sprawia, że czuje się bezradny.”

Przykład 2, strona 251, scena romantyczna między Danielem a Sarą:
Oboje potrzebowali bliskości. Kogoś kto wyliże ich samotne rany.”
Czy tego powiedzenia, na pewno tak się używa??

Przykład 3, strona 198, Daniel, wraz z kolegą Rafałem, pracuje w więziennej bibliotece:
– Czyli że…że to możliwe, że to ja…- wybełkotał pod nosem i spojrzał z przerażeniem na Dawida.” Tyle, że w bibliotece nie było ŻADNEGO Dawida. W ogóle w książce nie pojawił się żaden Dawid. Może chodziło mu o Rafała?

Druga sprawa, to pewne sformułowania, stosowane nachalnie i nie zawsze adekwatnie do sytuacji. Nasi bohaterowie wielokrotnie czuli w nozdrzach jakiś zapach. Daniel natomiast podrzucał swoje kobiety, unosił je trzymając w talii i obracał, niczym żongler piłeczki oraz onieśmielał ludzi swoją posturą.

Przykład 1, strona 10, Daniel kopie w ziemi szukając skarbu:
„ Zapach mokrej, świeżej ziemi przechodzi jego nozdrza na wskroś.”

Przykład 2, strona 18, Daniel zdmuchnął świeczki na torcie:
„ Po pokoju rozszedł się zapach dymu.”

Przykład 3, strona 18, Daniel odpakowuje prezenty:
„ Dwa z nich miały związek z zapachami, które uwielbiał.”

Nie chodzi mi o to, żeby Autorka w ogóle nie wspominała o zapachach. Jest to jeden ze zmysłów, równie ważny jak każdy. Ale może powinna to robić odrobinę rzadziej? Albo chociaż używać synonimów, na przykład słowa „woń”?

Przykład 4, strona 251, scena miłosna z Sarą:
„Była taka mała w porównaniu do niego. Chwycił ją mocno w pasie i podniósł do góry.”
Nie wiem jak Wy, ale ja za tym nie przepadam. Gdy ktoś łapie mnie w talii i unosi do góry, zwykle bolą mnie żebra. Może jestem na to za gruba?

Przykład 5, strona 280:
Daniel podniósł Sarę ze swoich kolan, przytulił ją mocno do siebie, uniósł i zaczął się z nią obracać.”

To tylko kilka wybiórczo wyciągniętych fragmentów, które można mnożyć przez całą książkę.

Postaci z Atlantydy pod Krakowem zachowywały się również irracjonalnie. Kochająca żona i wierny przyjaciel, po tygodniu od uwięzienia Daniela, wylądowali w łóżku. I nie mieli z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Po wyjściu z więzienia Daniel spotkał Sarę. Zakochali się w sobie na śmierć i życie, i to po 2 spotkaniach! Następnie Sara przytulała naszego bohatera, prawie obcego jej mężczyznę, do swoich piersi, absolutnie nie mając na myśli seksu! Uwierzyłabym w to, gdybym miała 10 lat. Takie sceny nie wpłynęły pozytywnie na wiarygodność postaci. Ostatnia rzecz, która mnie denerwowała, to słodycz, pojawiająca się na kartach powieści. W pewnym momencie było jej tak wiele, że prawie zwymiotowałam. Zupełnie jakbym zjadła kilogram czekolady, za jednym zamachem. Rozumiem, że miłość jest piękna i wielka, w końcu sama kocham, ale nie trzeba tego podkreślać grubą linią, 15 razy na jednej stronie!

 

dlokr

Racjonalizm, w górę ręce kto jest z nami!

Zastanawiacie się pewnie – to w końcu czytać, czy nie czytać? Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, bo mam w stosunku do Atlantydy pod Krakowem ambiwalentne uczucia. Z jednej strony, pomysł jest bardzo fajny, a fabuła interesująca i niestandardowa. Czytając, raczej miło spędziłam czas. Z drugiej, mankamenty dotyczące realizacji, aż biją po oczach. Może jestem za bardzo wymagająca, ale ilość wad o których pisałam, była męcząca. Decyzję musicie podjąć sami, ja oceniam na

Kamasutra jakości Gamonia 4

~Zgaga

Pod Krakowem znaleźliśmy nie Atlantydę, a coś zgoła innego, bardziej mrocznego.

Stąpam chyba trochę mocniej po ziemi niż Zgaga, dlatego mnie motyw reinkarnacji leżał trochę mniej. Może gdyby nie został potraktowany tak na poważnie, łatwiej byłoby GO przełknąć. Jako element fantastyczny – sprawdziłby się super. Trzeba zresztą oddać autorce, że to właśnie te fragmenty książki, bardzo dobrze spajały wszystko w całość. Jako historia przygodowa, Atlantyda pod Krakowem ma duży potencjał. Rzeczywiście jednak bohaterowie pojawiający się na stronach powieści są przeidealizowani, zbyt słodcy, a ich zachowania na granicy wiarygodności. Szkoda, bo czytało się dobrze. Muszę też zwrócić uwagę na finał całości. Wiadomo, najważniejsza jest droga do celu, a nie cel sam w sobie. Rozwiązanie zagadki, która była osią wydarzeń, jest jednak tak nieadekwatne do reszty książki, że fragment ten czytałem trzykrotnie. Zbaraniałem, serio? O to w tym wszystkim chodziło? Już wolałbym żeby została odnaleziona Bursztynowa Komnata, albo Złoty Pociąg, cokolwiek, ale nie to.

Kasiowe: Książki

W formie dygresji, podzielić się muszę jeszcze spostrzeżeniem związanym z czytanymi ostatnio przez nas powieściami. Jakoś wcześniej nie zwróciło to mojej uwagi, ale dostrzegam bardzo często ponawiany motyw kultu miejsca. Autorzy przywiązują niesamowitą wagę do miast, w których dzieje się akcja. Ulice, place, kawiarenki opisywane są tak realnie, że w niektórych przypadkach, bez problemu odnajdę się w nich przy następnej wizycie. Doceniam to i podoba mi się taki rodzaj product placement’u. Corso – Legnica, Paweł Majka – Nowa Huta, Szynkiewicz – Wrocław.

Atlantydę pod Krakowem ocenić muszę na 3gNie jest to książka całkowicie zła, ale są lepsze i chcąc jakoś je rozróżnić, muszę to jedno oczko odebrać, chociażby ze względu na finał. Nie mogę też pominąć wspomnianych przez Zgagę niedociągnięć, które drastycznie pogarszają odbiór.

~Gamoń

Za szansę odwiedzenia Nowej Huty, oczami Anety Zając, dziękujemy wydawnictwu Novae Res!

Napisał Gamon