UPrintdało mi się wreszcie oderwać Gamonia od fantastyki oraz science fiction i skierować na trochę inne literackie tory. Daleko co prawda nie zawędrował, ale wszystko po kolei. Wspólnie zmierzyliśmy się z thrillerem, któremu bardzo niedaleko do horroru, z krwi i kości. Mowa o Fanaberii Łukasza Kotkowskiego. Trudno uwierzyć w śmierć z przyczyn naturalnych, w przypadku zdrowej, dwudziestoletniej dziewczyny, jaką była Martyna. Z decyzją lekarzy nie zgadza się również przyjaciółka zmarłej – Dorota, która o pomoc prosi przystojnego detektywa Tomasza Radziejewskiego. Czy uda im się znaleźć rozwiązanie tej mrocznej zagadki? Kim jest tajemnicza, przerażająca kobieta, o której Martyna wspomina w listach do przyjaciółki? Jaki związek ma śmierć dziewczyny, z „rytualnym” mordem dzieci sprzed pięciu lat? Nie zdradzę Wam oczywiście odpowiedzi na te pytania – musicie ich poszukać sami.

Czarny chleb i czarna kawa, czyli jak nie popaść w przesadę

Nie chcę Was od samego początku zniechęcać, bo książkę czytało mi się przyjemnie i gwarantuję, że każdemu sprawi frajdę, ale pozwolicie, że zacznę od jej wad, by później podkreślić walory. Pewne mankamenty regularnie przewijały się podczas czytania Fanaberii, trochę obniżając jej ogólną ocenę. Rozumiem i doceniam fakt, że autor książki próbował nadać swoim bohaterom niepowtarzalny charakter. Niestety, odrobinę za bardzo się rozkręcił. Tomasz Radziejewski – to mężczyzna nieustraszony, prawdziwy James Bond. Zazwyczaj można go znaleźć w biurze detektywistycznym naprzeciw domu, gdzie całymi dniami pije kawę i pali papierosy. Papierosy i kawa, towarzyszą mu również podczas przemieszczania się po Mieście Kią Sportage, podczas odpoczynku w domu, a nawet na randkach z dziewczynami. Nie było strony, na której Tomasz nie sączyłby gorącego trunku, ze wzmacniającą organizm dawką kofeiny. Normalny człowiek nie wytrzymałby palenia papierosów co pięć minut, zwłaszcza zapijanych przynajmniej 10 kubkami kawy dziennie, dlatego nasz detektyw z pewnością był super-bohaterem. Podzielam epatującą ze stron powieści, fascynację Łukasza Kotkowskiego twórczością Stephena Kinga. Wywołując jednak nazwisko znanego autora, prowokuje do porównań.  Wielokrotnie, oczami wyobraźni, widziałam bohaterów Kinga popijających Dr Peppera i jeżdżących autami takimi jak Thunderbird czy Plymouth Fury. Czy jednak Kia Sportage, którą jeździ Tomasz i pochłaniana przez niego kawa, są równie epickie jak produkty powyżej? Nie jestem przekonana.

 

Christine

Przepraszam…

 

Kolejnym punktem dzisiejszego programu jest Dorota. Eteryczna dziewczyna, o zjawiskowej urodzie, która oczywiście od razu wpadła w oko detektywowi. Jest od niego młodsza, niedoświadczona (również w TYCH kwestiach) i nieświadoma swojej urody. To jeszcze niespecjalnie mnie raziło, chociaż było trochę wyświechtane. Natomiast to, że dziewczyna przeprasza za to, że żyje już tak. Tak jak Tomaszowi towarzyszyła kawa, tak Dorocie od ust się nie odklejało słowo przepraszam.

 

A po nocy przychodzi dzień…

 

A wraz z nim pozytywne aspekty omawianej powieści. Autorowi trochę brakuje co prawda do ostatnio omawianego przez nas Corso, niemniej przyjemnie się go czyta. Zagadka tajemniczej śmierci młodej studentki Martyny, połączenie jej z „rytualnym” mordem dzieci sprzed kilku lat, ochrzczonym przez prasę „rzezią niewiniątek” i dodanie do tego zjawisk paranormalnych, daje naprawdę ciekawą mieszankę. Zakończenie powieści również jest zaskakujące, do samego końca nie wiemy kto jest odpowiedzialny za krwawe żniwo. Bohaterowie, nawet ci martwi, są barwni i bardzo „żywi”. Tak naprawdę ciężko mi było się od tej książki oderwać, a powinnam, zwłaszcza wieczorami. Nie polecam czytać jej w nocy, przed snem – może wywoływać koszmary. Zmarłe dzieci, których duchy ukazywały się naszym bohaterom, mimo że również miały swoje małe przyzwyczajenia – regularnie eksplodowały im oczy i galaretowata substancja spływała po przegniłych policzkach, alternatywnie skóra i mięso odpadały płatami od malutkich ciał, były przerażające i jednocześnie odrażające. Na długo w mojej pamięci pozostanie również scena namiętnego pocałunku, pomiędzy zmarłą przed laty Moniką Kropisz a Tomaszem Radziejewskim. Było zatem i strasznie i trochę obrzydliwie, czyli tak jak powinno! Pan Kotkowski na profilu na Facebook’u napisał o sobie – Aspirujący Pisarz. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w całej rozciągłości. Potencjał widzę znaczny. Wystarczy tylko wyeliminować drobne niedoskonałości.

6g

~Zgaga

Horror w rytm muzyki

 

Coś ostatnio zbytnio ulegam i za często się zgadzam z moja przedmówczynią. Fanaberia jest mocnym debiutem. Przede wszystkim czuje się świeżość języka. Często zdarzało się, że jakieś zdanie zabarwiła ironia, a w dialogach znaleźć można cięte wymiany zdań pomiędzy postaciami. Co najważniejsze, wychodzi to naturalnie i w nie wymuszony sposób. Zdecydowanie większą frajdę sprawia składanie, literek kiedy można liczyć na takie właśnie akcenty. Nie ukrywam również, że bardzo spodobał mi się zabieg autora polegający na przywołaniu konkretnych utworów muzycznych. I to jeszcze takich, które jeśli sam usłyszałbym w radiu – podkręciłbym głośność. Później przez większą część tekstu w mojej głowie jako podkład leciało Evanescence.

 

cup-20973_1280

Pokręcone story

 

Nie bardzo jestem w stanie odwoływać się do Kinga czy innych klasyków gatunku, bo przeczytałem jedynie Carrie. Natomiast dosadność opisów zadziałała nawet na moją niepodatną na bojaźń wyobraźnię. Doprowadzając do tego, że wieczorem po pustym mieszkaniu chodziłem w silnej obstawie przynajmniej dwóch kotów :D. Ze Zgagą nie zgodzę się tylko w jednym punkcie. Końcówkę udało mi się przewidzieć mniej więcej w okolicach setnej strony. Choć przyznaję, że nie miałem szans by ocenić skalę zjawiska. Swoja drogą, zacząłem się nawet w pewnym momencie zastanawiać, skąd autor brał inspiracje do tak pokręconej historii!

 

fanaberia

Fanaberia, czy fanaberie bohaterów?

Bolączką są wspomniane przez Zgagę dwie główne postaci, a w zasadzie ich przyzwyczajenia. Bohaterowie, którzy muszą jeść i pić, bardzo fajnie uprawdopodobniają wizerunek towarzyszących nam ludzi, spotykanych na stronach książek. Ale nie można popadać w przesadę. Mnie osobiście zdecydowanie bliżej jest do przyjaciela detektywa Radziejowskiego, który kawy nie pijał w ogóle. Natomiast nie jestem zupełnie wolny od nałogów, colę piję nie szklankami, a cysternami. Mimo to, w pewnym momencie zacząłem poważnie obawiać się o zdrowie głównych bohaterów, bo ilość pochłanianej przez nich kawy doprowadziłaby mnie pewnie do zawału. Nie wspominając już o tym, że widziałbym pewnie dużo gorsze rzeczy niż oni :D. Druga sprawa to sama Dorota, która mimo niejednokrotnie ciętego języka, w sytuacjach zagrożenia zachowywała się jak klasyczna, amerykańska, kinowa blondynka. Mdlała i czekała na ratunek.

Podtrzymuję ocenę przedmówczyni.

6g

i mam nadzieję, że autor dalej będzie trzymał poziom. W efekcie, może dam się jeszcze kiedyś namówić na jakiś horror.

 

~Gamoń

Wielkie dzięki dla wydawnictwa Novae Res, dzięki któremu mieliśmy okazję dać się trochę nastraszyć!

Napisał Gamon