Pierwszy Bond jakiego widziałem to Golden Eye. Izabela Scorupco i Pierce Brosnan zaczarowali wówczas mój chłopięcy świat. To wtedy postanowiłem zostać tajnym agentem, alternatywnie specem od łamania zabezpieczeń odpornym na ciekły azot (Borys). W Golden Eye pierwszy raz również miałem okazję zobaczyć, jak Sean Bean nie dożywa końca filmu. I tak to się zaczęło, przy każdej możliwej okazji nadrabiałem zaległości, nie mogąc się zdecydować, czy najlepszy w roli agenta jej królewskiej mości jest Sean Connery, czy jednak Roger Moore. Schedę po nich przejął Daniel Craig, rozpoczynając nowy rozdział. Nie byłem do niego przekonany, ale mocnym Casino Royal udowodnił, że na Bonda się nadaje. Filmy z byłym znajomym Lary Croft stanowią swoistą sinusoidę, raz dobry, raz zły. Słabe Quantum of Solace, niezłe Skyfall. Stąd moje obawy wobec najnowszej produkcji pogłębiane tylko przez bardzo kiepski utwór promujący film w wykonaniu Sama Smitha. Promykiem nadziei był Christopher Waltz, który zajmuje wysoką lokatę w moim prywatnym rankingu lubianych aktorów. Tym bardziej więc, przeżywałem medialnie nakręcaną gorączkę związaną z pierwszymi projekcjami Spectre. Po premierze opinie były szalenie podzielone, wyłączyłem się na nie całkowicie i przy pierwszej okazji wspólnie ze Zgagą daliśmy filmowi szanse!

maxresdefault (2)

Totalny meksyk!

Wszystkie ostatnie Bondy charakteryzował bardzo dobry, mocny początek. Pod tym względem Spectre nie zawodzi. Dia de los muertos w Meksyku stanowi kapitalne tło dla pierwszych minut filmu. Niestety, potem jest już tylko gorzej. Historia opowiedziana w trzech ostatnich filmach, które miały stanowić pewnego rodzaju reboot serii, przystosowując Bonda odrobinę do realiów świata, w którym zimna wojna to przeszłość, a prawdziwym zagrożeniem są terroryści (czy aby na pewno?) znaleźć miała swoje ukoronowanie w Spectre. I to był chyba pierwszy element, który sprawił, że koncepcja filmu zaczęła trzeszczeć w szwach. Za wyjątkiem lakonicznej, pośmiertnej przesyłki od M i postaci Mr White’a, do tej pory nie pojawiały się żadne ślady tajemniczej organizacji rządzącej światem. A tu nagle nie wiadomo jak, ale wszystkie klocki okazują się pasować do jednego zestawu. Niesubordynowany agent 007 na własną rękę próbuje połączyć ledwo widoczne tropy i rozpracować Spectre, na którego czele stoi jak się okazuje dobry znajomy Jamesa niejaki Bloefeld. Jak na tak kosmicznie dobrze zakonspirowane towarzystwo wychodzi mu to nad wyraz łatwo. Nie chcę zdradzać fabuły, tę poznacie oglądając film, ale trochę to szyte grubymi nićmi. Na dodatek losy całego MI6 wiszą na włosku. Nasz bohater w idealnie skrojonym garniturze radzi sobie w tej trudnej sytuacji jak na Bonda przystało, czyli znakomicie….

spectre-B24_30401_r_rgb-M_86e6627b59

Czemu to ta pani nie została dziewczyną Bonda na cały film?

Największa wada filmu

Madeleine, czyli Lea Seydoux, która w Spectre gra klasyczną dziewczynę Bonda, jest chyba największą porażką tej produkcji. I nie chodzi mi tu o samą aktorkę, która swoją nieoczywistą urodą stanowiła pewien powiew świeżości, a o graną przez nią postać. Wszystkie wydarzenia, które nie miały sensu, były antybondowe, albo nielogiczne, koncentrowały się wokół niej. Był taki moment, w którym Zgaga musiała mnie okiełznać, bo już zwyczajnie nie mogłem i zacząłem parskać śmiechem. [SPOILER ALERT] Zaczęło się od zagadkowej lokalizacji gdzieś w Szwajcarii, gdzie ponoć ukrywał się jej ojciec, czyli wspomniany już wcześniej Mr. White. Nieuchwytny i trudny do namierzenia, zostaje przez dzielnego, pozbawionego wsparcia agenta znaleziony w 5 minut. Zupełnie jakby ten kraj składał się tylko z jednego takiego domku. Później pojawia się rzeczona Madeleine i rozpoczyna się festiwal absurdu zakończony najpierw szumnym rozstaniem, a później sceną na moście, przy której już nie wytrzymałem. Jedyne 5 minut, w trakcie których nie padały z ust jej ust żadne idiotyczne teksty, ani dziwaczne zachowania, to scena w pociągu.[Koniec spoiler alertu]

Nie ma tego złego

Spectre wcale takim złym filmem nie jest i mimo całego szeregu niedoskonałości zachowuje pewne pozory i momentami nawet przyjemnie się go ogląda. Osobiście doceniam bardzo fakt przywrócenia postaci „złego podwładnego”, który w starych Bondach jeszcze z Rogerem Moorem potrafił ukraść film dla siebie. Pamiętacie Buźkę, Nick Nacka, czy May Day? Podobny czarny charakter pojawia się w Spectre w postaci Hinxa, granego przez aktora znanego nam chociażby ze Strażników Galaktyki. Pojawia się nowe wcielenie Q,  oraz Moneypenny. Pojawia się jedyny słuszny drink, jedyna słuszna broń, samochód, zegarek, kilka gadżetów i nieśmiertelnych tekstów i to te właśnie ukłony w stronę widzów uznaję za „elementy Bonda” w Spectre. Reszta pozostawia niestety wiele do życzenia. Żebyśmy się tylko źle nie zrozumieli, gdyby ten film nie został wydany pod szyldem agenta 007, to byłby kawał solidnego kina akcji. Spectre wygląda trochę jakby Sam Mendes nie mógł się zdecydować, czy robi Mission Impossible, Władcę Pierścieni (obrączka Spectre), czy Tinker, Tailor, Soldier, Spy 2. Szkoda.

Lea

150 minut tum, duuum, tuuum, duuum.

Jednym z elementów, które stanowią istotę serii jest muzyka. Każdego Bonda choćby na ekranie pojawiał się Timothy Dalton, czy George Lazenby można poznać w ciemno, po jednym z najbardziej charakterystycznych motywów w historii kina. Motywie, który w Spectre miałem wrażenie jest mocno marginalizowany na rzecz jakichś nowych przygrywek. Sam motyw przewodni pojawił się może ze 3 razy, przez 2 i pół godziny. To trochę za mało. A właśnie, a propos czasu trwania filmu. Niemal trzygodzinny pokaz (plus 20 minut reklam) to już nie jest lekka przesada. Kilkakrotnie na łamach Gamonii wspominałem, że mój górny limit tolerancji to 120 minut. Wszystko ponadto musi być wybitne, żebym usiedział w fotelu. Tym razem nie wysiedziałem i chociaż im dalej w las, tym ciekawiej się robiło, to kinowy fotel uwierał mnie koszmarnie. Skyfall był lepszy, a i tak trudno było mi wysiedzieć. Spectre jest jeszcze dłuższe i to zdecydowanie nie działało na jego korzyść. Z łatwością jestem w stanie podać kilka ujęć, z których można było zrezygnować i wygrać cenne minuty.

spectre-mr-hinx

Syndrom Ultrona

Na deser podam jeszcze jeden argument, który przemawia na niekorzyść filmu. Otóż mniej więcej od jego połowy czuć w powietrzu, że Spectre stanowi tylko preludium do kolejnej części. Potwierdza się to na samym końcu filmu[Spoiler Alert] Co to za Bond, który nie zabija głównego antagonisty, dając mu szansę na rewanż {Serio, szef super- zakonspirowanej organizacji rządzącej światem z tylnego krzesła na pewno bardzo się przejmie perspektywą sądu i więzienia} [Koniec alertu] Do tej pory wszystkie filmy niezależnie od obsady stanowiły pewną zamkniętą całość, korzystającą z motywów przewodnich dla bondowskiego uniwersum. W Spectre trochę za mocno czuć rozpoczynającą się sagę i nie ukrywam, że kłóci się to z moją wizją. Uwiera mnie i przeszkadza myśl, że film który właśnie oglądam to tylko przystawka. Ten sam problem miał Age of Ultron, który był dobrym filmem (każdy film z Iron Manem jest dobry), ale nie poradził sobie z perspektywą zbliżających się kontynuacji. Szkoda.

Bond nie działa, ale akcja jest.

Biorąc powyższe pod uwagę, uważam, że teza postawiona w temacie została udowodniona 😉 Zupełnie poważnie pisząc, to za mało było Bonda w Bondzie i mimo wielu mrugnięć okiem do fanów, ta bajkowa historia o służbach Jej Królewskiej Mości została obdarta ze swojej bajkowości, a próba zderzenia jej z rzeczywistością i współczesnym kinem akcji się nie udała. Wydaje mi się, że nie o to w tej serii chodzi. Zegarki Omega, wódka z martini i Aston Martin bonda nie czynią. Mimo to film polecam, bo to solidne kino akcji i z czystym sumieniem mogę wystawić

Kamasutra jakości Gamonia 6

Problem w tym, że chciałbym przynajmniej 8. A co na to Bondowa ignorantka Zgaga?

~Gamoń

Dobry film akcji

Bez przesady, aż taką Bondową ingorantką nie jestem. Widziałam wszystkie części z Danielem Craigiem, plus kilka starszych, więc nie jest ze mną źle. Spectre bardzo mi się podobało, nie nudziłam się podczas całej, długaśnej projekcji. Rozumiem jednak argumenty Gamonia, który jest wręcz fanatykiem Bonda. Mnie osobiście również raził wątek miłosny – Lea Seydoux, która wizualnie jest bardzo w moim typie, niestety miała kiepską rolę do zagrania. Jej zachowania i interakcje z Jamesem były bezsensowne i alogiczne. Druga wybranka agenta 007, czyli Monika Bellucci była w tym filmie natomiast absolutnie zbędna, a jej pocałunki z Craig’em, który robił cały czas dziwny dziubek, wyglądały odstręczająco. Za 2,5 godziny dobrej zabawy oceniam na

7g

~Zgaga

Napisał Gamon
  • etylowy

    Zacznijmy od tego, że kwadrologia Casino/QoS/Skyfall/Spectre mieszczą się na bondowej osi czasu gdzieś na początku – CR nawet się znajduje przed Doktorem NO.
    Waltz bardzo słabo. Nie pasuje do Bloefelda, historia z bratem nieco naciągana (choć wiadomo, że lubimy historie rodzinne, zwłaszcza braci). Ale nie zostaje zabity, by powrócić w kolejnych filmach, gdzie jest tajna organizacja SPECTRE (i jest bardziej tajna, niż obecnie).
    Bondy zawsze były lekko niedopowiedziane i niektóre rzeczy się robiły „magicznie” – polecam wszystkie „starocie” obejrzeć po kilka razy, by wychwycić smaczki. I z tej perspektywy „Spectre” jest filmem o dużej zawartości Bonda w Bondzie.

    • No my właśnie w ramach rozgrzewki przed Spectre zaczęliśmy oglądać Bondy od początku. Nie wiem czy to kwestia perspektywy, ale w starych Bondach zbudowana jest atmosfera, która pozwala na niedopowiedzenia i „magicznie” dziejące się rzeczy. Spectre jest tak strasznie na poważnie, a cała nowa kwadrologia jest mroczniejsza (akurat na plus), że trudniej jest wybaczyć takie niedociągnięcia.