Na Mad Maxa wybraliśmy się do kina dzień po premierze. Dlaczego więc piszę o nim dopiero dziś? Ano, musiałem sobie to wszystko zmielić i przetrawić, bo powiedzmy sobie szczerze, czegoś takiego to już dawno nie widziałem… W ogóle trudno mi nowego Mad Maxa porównywać z czymkolwiek. Ten film złamał i sponiewierał wszelkie konwencje i schematy! Pustynny pościg w rytm bębnów i rzygającej ogniem gitary elektrycznej, wpół żywi szaleńcy chromujący sobie twarze, dążąc do Walhalli… Do tego cała masa innych motywów i obrazów, które na długo kotwiczą się w głowie. Musicie mi wybaczyć jeśli tekst będzie odrobinę chaotyczny, ale kurz po burzy piaskowej jeszcze nie opadł;]

Fabuła, bo jakaś w sumie była

Zaczęło się jak w Fallout’cie. Na post-apokaliptycznych pustkowiach, na skraju skały, stoi odwrócony plecami do widza mężczyzna. Zabrakło tylko stwierdzenia „war, war never changes” – pasowałoby jak ulał. To chyba najspokojniejszy moment filmu, bo potem zaczyna się nieprzerwana akcja, która trwa do samego końca. Rockatansky zostaje pojmany, traci swój samochód i jako zdrowy okaz człowieka, staje się żywym zasobnikiem czystej krwi, dla ledwo trzymającego się na nogach plemienia trepów. Szaleńców, którymi twardą ręką i niepojętą ideologią rządzi Wieczny Joe. Nie wszyscy są jednak z jego władzy zadowoleni. Grupa kobiet, z Charlize Theron na czele, podejmuje się próby ucieczki przez pustynię. I tak, zaczyna się najbardziej efektowny pościg w dziejach kina. Max też bierze w nim udział, właśnie jako zasób. Resztę trudno opisać słowami, trzeba obejrzeć! Pył przeplata się tu z blaskiem wypolerowanego chromu, ludzie zredukowani są do surowców – krwi i mleka. Porody odbywają się w rozpędzonych samochodach, bitwy i pościgi w rytm wycia gitary elektrycznej. Paliwo, woda i amunicja, to nowa platyna, złoto i srebro. Taką wizję post-apokaliptycznej przyszłości serwuje nam George Miller, w Mad Max 4: Na drodze gniewu. Świat niszczeje. Zdrowi, niezdeformowani i nieskażeni promieniowaniem ludzie stanowią rzadkość. Przetrwali najsilniejsi, najsprytniejsi, najbardziej bezwzględni, plus oczywiście Rosjanie.

6478818-3x2-940x627

Mad Max ocieka klimatem, nie ma tu miejsca na prowadzenie widza za rączkę, nie ma miejsca na suche żarciki i dialogi rodem z Avengersów. Te zastąpione są masą wykrzyczanych przez bohaterów tekstów, które bardzo szybko urosły do rangi kultowych – What a day, what a lovely day!; We live, we die, we live again, czy Witness me! wbiło się w moją pamięć i zakorzeniło na długo. Sporo rzeczy musimy się domyślać, a bogactwo zaprezentowanego nam świata, wydaje się jedynie uchylać rąbka swoich tajemnic. Twórcy postanowili się zupełnie nie cackać z widzem, który albo nadąży i wczuje się w konwencję, albo zostanie gdzieś w piachu pustyni. Z drugiej strony, całość poprowadzona jest w taki sposób, żeby dawki informacji o rzeczywistości były strawne. Efekt jest piorunujący, bo Mad Max: Fury Road, zachwyca tak samo wybrednych krytyków, jak i wyrozumiałych fanów czystej rozrywki.

mad-max-fury-road

Efekty bez efektów

Mad Max: Na drodze gniewu zadziwia przede wszystkim dbałością o szczegóły i bogactwem świata, który kipi swoim własnym życiem. Tym, co mnie najmocniej zaskoczyło był fakt, że efektowne pościgi i plenery, są w bardzo dużym stopniu prawdziwe. To, co w moim odczuciu było efektem wysiłku grafików komputerowych, okazało się być ciężką pracą scenografów i autorów kostiumów. Auta i scenerie, naprawdę w znacznej części powstały na potrzeby filmu. Duży ukłon dla twórców, ciekawy jest ten zwrot w stronę klasycznych rozwiązań. Gwiezdne Wojny kręcone na makietach, a Mad Max z ograniczonym angażowaniem komputera.

Gra muzyka!

Muzyka jest dla mnie zawsze istotna. W Mad Maxie, podobnie jak wszystko inne, stanowi ważny i dopieszczony element. Motywy muzyczne towarzyszące pościgom i scenom prezentującym szaleńca z gitarą, przymocowanego do frontu pojazdu, zaliczają się do moich ulubionych. Zresztą utrwaliło mi się to na tyle, że potrafię kilka razy dziennie odsłuchać flagowy utwór, wystukując rytm na wszystkim, co mnie otacza. Nawet pseudonim autora Junkie XL, zdaje się pasować do całości!

Najgłośniej dyskutowaną przed premierą sprawą była obsada. Zrośniętego z tą rolą Mela Gibsona, zastąpić miał mocno identyfikowany z motoryzacją Tom Hardy(Locke). Czy się sprawdził? Według mnie tak! Nie porwał widzów, ale nie takie miało być jego zadanie. Sponiewierany życiem Max Rockatansky nie był osią historii, tylko pretekstem do opowiedzenia innej – tej związanej z Furiosą. Nie jest to bohater na białym koniu, ratujący damy z opresji, widzom już się takie klarowne postaci przejadły. Max nie jest może zły, ale jest mrukliwy i stara się być przede wszystkim pragmatyczny, by przetrwać. Najważniejsza jest grana przez Charlize Theron Furiosa. Nie najmłodsza już aktorka, wygolona na łyso, sprawdza się kapitalnie, jako cesarzowa „wielkiej cysterny”. Próbuje się wyrwać z szalonego świata, którym włada Wieczny Joe i jego armia trepów. Wyróżnił się również jeden ze wspomnianych właśnie trepów, grany przez Nicholasa Houlta Nux. Ślepo dążący do zagłady, do upragnionej Walhalli chłopak, odbywa chyba najdłuższą podróż spośród wszystkich postaci. Reszta aktorów, to tylko dopełnienie majstersztyku jakim jest otaczający Maxa jałowy świat. Wypada wspomnieć jeszcze o aktorkach grających dziewczyny, które uciekają razem z Furiosą. Chociaż ich rola polegała przede wszystkim na cieszeniu oka, to ciekawie było obejrzeć Zoe Kravitz w kolejnej roli. Tak, to córka Lenny’ego.

mad-max-fury-road-2

Czwarta część Maxa okazała się świetnym pretekstem, żeby obejrzeć pierwszą odsłonę serii, której do tej pory nie widzieliśmy. Między filmem z 1979, a tym powstałym w 2015 zieje gigantyczna przepaść. Nie zmienił się tylko reżyser i aktor grający głównego antagonistę. Tak tak, Wieczny Joe z 4, to ten sam aktor, co Obrzynacz z jedynki. Mad Max wydaje się być zupełnie od czapy, z młodziutkim Melem Gibsonem w roli głównej, ale ogląda się go zaskakująco dobrze mimo upływu lat. Późniejszym częściom, szczególnie drugiej, bliżej do Fury Road. Wydaje się jednak, że George Miller musiał poczekać 35 lat, żeby móc w pełni zrealizować swoją koncepcję! Swoją drogą, polecam odświeżenie sobie całej serii! Trójka może trochę odstaje, ale za to pojawia się tam Tina Turner!

Filmowai chyba nic i nikt w tym roku, nie przekona mnie do siebie bardziej. Poprzeczka została ustawiona pod samym sufitem i chociaż wciąż liczę na Gwiezdne Wojny i Spectre, to nie mam złudzeń – tak wysoko nie podskoczą! Na Avengersach i Strażnikach Galaktyki bawiłem się bardzo dobrze, ale Mad Max osiągnął poziom wyżej. Ja żyłem tym filmem i żyję nim nadal, mimo że widziałem go już niemal miesiąc temu. Cały czas, gdzieś z tyłu głowy, mam sceny i motywy przewijające się przez ten film! Dla mnie arcydzieło.

~Gamoń

maxresdefault (1)Mad Gamoń

Nie rozumiem Twojej gigantycznej fascynacji filmem Mad Max 4: Fury Road. Owszem, sporo było w nim ciekawej akcji, pościg trepów i Wiecznego Joe za Furiosą był ekscytujący, a otaczający świat niezwykły. Duży plus daję oczywiście za zredukowanie użytku komputera w procesie produkcji oraz świetną ścieżkę dźwiękową. Minusem dla mnie jest jego przerysowanie i chaotyczność. Teksty postaci faktycznie były epickie, ale sprawiały wrażenie wykreowanych specjalnie po to, żeby stać się bohaterami memów. Były też pozbawione szerszego kontekstu. Część scen kręcono w lekkim przyspieszeniu, „klatkując je”, co również niezbyt przypadło mi do gustu. Odkryłam też, że chyba potrzebuję prowadzenia mnie za rączkę, a przynajmniej wskazania kierunku wycieczki, pod postacią bardziej rozbudowanych dialogów czy wstępu, bo bez tego trochę umykał mi sens całości. Nie powiem, że film mi się nie podobał, ale nie będzie to też dla mnie produkcja roku. Ode mnie

7g

~Zgaga

Napisał Gamon