tobeornottobeŻycie po studiach, to niemal jak życie po śmierci. Czy ktoś jest w stanie potwierdzić, że ono naprawdę istnieje? Do niedawna i dla mnie było to zagadką, aż w lutym tego roku dopadł mnie kryzys. Zbliżały się moje 24 urodziny, a wraz z nimi nadchodził koniec pewnego etapu mojego życia – koniec studiów. Zupełnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Ogarniał mnie lęk o mój przyszły los, niepewność, a także poczucie że powinnam zrobić COŚ. Tylko właściwie co?

Co to znaczy życie po studiach?

 

Wszyscy twierdzą, że po psychologii nie ma pracy, a przynajmniej nie takiej, jakiej absolwenci oczekują. Wielokrotnie słyszałam również dowcipy o magistrach psychologii, którzy sprzedają kanapki w McDonalds’ie lub KFC. W takich momentach zawsze przypomina mi się Ferdynand Kiepski, żalący się że „nie ma pracy dla osób z jego wykształceniem”. Uwierzcie mi, jest! Trzeba tylko podjąć jakiś wysiłek, a nie siedzieć na garnuszku rodziców, melancholijnie spoglądając na dyplom i czekając, aż ktoś przyjdzie, prosząc żebyśmy łaskawie zgodzili się dla niego pracować. Z takim nastawieniem, faktycznie zasilimy grono bezrobotnych. Zdobywać doświadczenie trzeba zacząć dość wcześnie. Ja pracować zaczęłam jeszcze w liceum. Najpierw rozdawałam ulotki szkoły językowej. Potem zaczęłam uczestniczyć w inwentaryzacjach, co szczerze powiedziawszy robiłam aż do poprzedniego miesiąca. W międzyczasie wolontariat – przy jednym, drugim i trzecim festiwalu. Nadszedł jednak moment, w którym stwierdziłam, że czas wziąć się za coś poważniejszego. Bardziej stabilnego, dojrzalszego, co da mi pewną stabilizację i pozwoli myśleć o osiągnięciu niezależności. Zastanawiacie się co konkretnie mam na myśli? Oczywiście pracę na etacie.

tapetowanie

Niech moc będzie z Tobą!

 

Wybawcą od prac na „zlecenie” i wolontariatów okazał się mój ćwiczeniowiec. Z powodów niezrozumiałych dla mnie samej, podzieliłam się z nim dręczącymi mnie obawami. O dziwo, człowiek ten, niczym mistrz Jedi Padawanowi, wskazał mi drogę, prowadzącą do życia po studiach. Poinformował mnie, że jedna z firm informatycznych poszukuje praktykanta. Osoby, która utworzy jednoosobowy dział HR, zajmie się rekrutacjami, szkoleniami, a także promocją. Długo zastanawiałam się czy warto znów męczyć się za darmo, miałam już w końcu praktyki w dwóch miejscach za sobą. Po tygodniu stwierdziłam, że jednak spróbuję. Wysłałam CV, skontaktowali się ze mną jeszcze tego samego dnia. Po zakończeniu miesięcznych praktyk, zaczęłam odpłatną już pracę na pół etatu. Byłam w tej firmie trzy miesiące, w czasie których mnóstwo się nauczyłam. Nic jednak nie trwa wiecznie.

W międzyczasie dostałam informację, że firma doradcza, w której odbywałam wcześniej praktyki, poszukuje pracownika i oferuje znacznie lepsze warunki, niż mój aktualny pracodawca. Postanowiłam wysłać CV i zobaczyć, co los przyniesie. Zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną, potem na drugą. Na następnym spotkaniu uzgadnialiśmy już warunki współpracy. Właśnie skończyłam pierwszy tydzień mojego okresu próbnego. Myślę, że zostanę tutaj na dłużej. A przecież obronę pracy magisterskiej mam jeszcze przed sobą!

 

A jednak istnieje!!

 

Nie boję się już tego co będzie po studiach, bo dla mnie ten etap zaczął się wcześniej. Powoli zaczynam planować przyszłość, wspólne mieszkanie z Gamoniem zaczyna być realną możliwością, a nie tylko marzeniem. Od października mam zamiar zacząć studia podyplomowe. W głowie mam mnóstwo pomysłów na życie i na siebie.

lodka

Drogowskazy

 

Na deser mam kilka swoich wniosków i obserwacji dotyczących życia studenckiego, które warto rozważyć, by życie po studiach nie było koszmarem. Wbrew pozorom następuje ono szybciej, niż się zakłada!

 

Po pierwsze, w czasie studiów, warto zdobyć możliwie dużo doświadczenia. Wiem, imprezy też są ważne. Ale najzdrowsza dieta to ta zrównoważona! Najlepiej od razu starać się znaleźć coś powiązanego z pracą, którą chcemy wykonywać w przyszłości. Jeżeli nie mamy takiej możliwości, to róbmy cokolwiek co wzbogaci nasz życiorys. Praktyki, wolontariaty, działalność w różnych organizacjach – choć nieodpłatne, naprawdę dużo nam dają.

 

Ważne są również umiejętności dodatkowe, którymi możemy się pochwalić. Warto inwestować w języki obce, zdobyć prawo jazdy, wyrobić książeczkę sanepidowską – nigdy nie wiadomo, kiedy nam się przydadzą.

 

Kolejna sprawa – jeżeli zaczynacie studia, to postarajcie się je skończyć. Nie dlatego, że wykształcenie wyższe przygotowuje nas specjalnie do późniejszej pracy czy do życia. Uwierzcie mi jednak na słowo osoby zajmującej się rekrutowaniem na różne stanowiska, że bez tytułu przynajmniej licencjata, bardzo ciężko znaleźć wakat.

 

Na zakończenie, pragnę zwrócić Waszą uwagę na to, że nic nie dzieje się samo. Pracodawca nie zapuka do Waszych drzwi i nie zaprowadzi za rączkę do wymarzonej pracy (chyba że jesteście programistami). Trzeba szukać, szukać i jeszcze raz szukać. I nie zrażać się. Rzadko kiedy zdarza się, że ktoś skontaktuje się z nami, po przysłaniu przez nas CV. Trzeba jednak być wytrwałym i próbować do skutku.

~Zgaga

 Print

Istnieje? Niemożliwe!

 

O swoich studiach rozpisywać się nie będę. To historia na książkę, albo dwie. Ważne, że trwają i jeszcze chwilę potrwają. Chyba zresztą osiągnąłem poziom, kiedy wzajemnie się tolerujemy i sobie nie przeszkadzamy w koegzystencji. Chcę jednak zwrócić uwagę na coś innego. Na potrzeby moich rozważań przyjmijmy, że 70% czasu spędzam w pracy, a 30% studiując. Zgaga kilkukrotnie podkreśliła, że trzeba być aktywnym, robić co się da. I ma całkowitą rację. Na niektórych potrzebę zarabiania wymusi życie, inni powinni działać dla własnej satysfakcji. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy JAK? Ekspertem nie jestem, ale z „pierwszej ręki” oraz z autopsji wiem, że przy obecnej organizacji studiów jest to mega ciężkie. Plany zajęć są tak układane, że się po prostu nie da. Zauważyłem, że wytworzyły się dwa fronty. Pierwszy, to grupa ludzi, którzy osiągnęli życie po studiach i im się udało. Odnaleźli się na rynku pracy. Często są to ludzie, którzy nawet w Korei Północnej odnieśli by sukces i poradzą sobie zawsze. Byli aktywni i namawiają do tego innych, jednocześnie twierdząc, że reszta to obiboki, lenie itd. Druga to właśnie te obiboki i lenie, którym albo nikt nie wskazał właściwej drogi, albo nie mieli szczęścia, fantazji albo faktycznie się lenili. Obie grupy są potrzebne i ważne w społeczeństwie. Może więc warto się zastanowić, co jest nie tak z samym systemem? I nie chodzi mi tu o żadne polityczne deklaracje, a o przemiany społeczne i korektę systemu edukacji. Nie każdy musi mieć magistra i tracić czas na studiach. Ale to materiał na inną historię!

 

~Gamoń

 

Napisał Gamon
  • cofee drinker

    wg mnie praca na etacie to żadna niezależność. Nie możesz nic zrobić w ciągu tygodnia, wszystkie spotkania/większe zakupy musisz odkładać na weekend. W tygodniu nawet napić się nie mozesz, bo trzeba rano wstać. Po 9-10 godzinach w pracy (liczac z dojazdami) jesteś tak strasznie zmeczona/y ze nic sie nie chce. Jak się rozchorujesz, albo jak chcesz po prostu zrobic sobie kilka dni wolnego – musisz prosić swoich „panów” o urlop. Poza tym zawsze mozesz te prace utracić…

    Reasumując – dla mnie niezależny, jest predzej czlowiek, ktory ma wlasna firmę, ew. uprawia jakiś wolny zawod i sobie pracuje w domu o której chce, i też nie przez całe dnie, tylko zarabia na tyle duzo, żeby pracować na przykład 15-30 godzin w tygodniu a nie 40 czy wiecej i dalej sie utrzymać.

    Obecnie pracuję na niepełny etat, (i dostałem te prace bez skonczonych studiow!! wiec widac sie da). Tym niemniej traktuję to jak przystanek przejsciowy w moim zyciu, a zarobione w tej pracy pieniądze planuję przeznaczyc na rozkrecenie wlasnego biznesu, i wtedy dopiero bede mogl powiedziec o sobie, ze jestem niezalezny.

    • Jest sporo racji w tym co piszesz, niestety za coś żyć trzeba,zanim się człowiek dorobi:) Właśnie zrezygnowałam z pracy na etacie, bo mimo oczywistych zysków, kosztowała mnie ona zdecydowanie za dużo. Od października zaczynam jednak studia podyplomowe,dzięki który,mam przynajmniej taki plan, będę mogła kiedyś robić to co chcę i kiedy chcę. Dzięki za komentarz:)

  • Błażej

    Zgadzam się z opinią zarówno Zgagi jak i Gamonia.

    Bardzo ważne jest uświadomienie sobie już na studiach, że one w żadnym wypadku nie dają pracy i nie przygotowują do niej – jedynie mogą przygotowywać do kariery naukowej. Przekłamaniem/nadużyciem jest też stwierdzenie, że pokazują kierunki, w którym student może podążać – niestety bardzo często tak nie jest. Przykład z informatyki, gdzie nie uczy się podstawowych zagadnień, które są niezbędną wiedzą i umiejętnościami w późniejszej pracy, często również technologie, którymi musimy się zajmować są już mocno przestarzałe.

    Dlatego z perspektywy lat i doświadczenia myślę, że warto jest rozeznać się w temacie i dowiedzieć się co nas interesuje bardziej a co mniej, co nam się bardziej przyda w przyszłości a co nie. W jaki sposób? Pytając, rozmawiając z pracującymi już ludźmi, szukając odpowiedzi na te pytania w Internecie. I skupić się tylko na tych przedmiotach, z których faktycznie można coś wartościowego wynieść, resztę odpuścić tak mocno jak to możliwe, by móc skupić się na rozwijaniu i indywidualnej nauce. W życiu po studiach nikt nie będzie sprawdzał jaką ocenę dostaliśmy z przedmiotu X na 3 semestrze – w życiu po studiach liczy się nasza zaradność, doświadczenie, umiejętność pracy z ludźmi itp. Dlatego warto przejść studia po najmniejszej linii oporu, poświęcając zyskany czas na indywidualny rozwój.

    I tu ważna jest ta aktywność, o której pisze Zgaga – praktyki, wolontariat, próba zdobycia jak najszybciej pracy w branży, ale również poznawanie nowych ludzi, poprzez (aktywny!) udział w konferencjach, szkoleniach, warsztatach, kołach czy grupach a także czytanie literatury, zapoznawanie się z trendami panującymi w branży a nawet pisanie własnego bloga. Wbrew pozorom, każda cegiełka jest niezwykle istotna.

    Jak mówił Lao Tse – „a journey of a thousand miles begins with a single step”. Nigdy tak naprawdę nie wiemy co czeka nas na drodze kariery, ale nie dowiemy się tego, gdy nie zrobimy tego najtrudniejszego, pierwszego kroku 🙂